Dziennikarz sportowy w przeszłości związany ze Sport.pl, gdzie prowadził rubryki…
Na tym samym dołku i także w trzeciej rundzie szansę na albatrosa miał Phil Mickelson. „Lefty” uderzył z 236 metrów, piłka wylądowała na greenie i zaczęła toczyć się w kierunku dołka. Publiczność już zaczęła wyczekiwać, ale skończyło się na jęku zawodu. Zdecydowały centymetry.
[youtube]z2KONlnnL6I[/youtube]W finałowej rundzie John Peterson otarł się o hole-in-one. Niemal dosłownie. Na 13. dołku (par 3) po świetny uderzeniu z ekscytacją obserwował wędrującą w kierunku dołka piłkę. Ta się jednak tylko agresywnie zatoczyła na ściance dołka, do środka nie wpadła.
[youtube]UyI2FZ6ObrQ[/youtube]Ale największym pechowcem jest Aaron Baddeley, który trafił uderzenie życia z 307 metrów, ale zamiast hole in one na par 4, cieszył się tylko z birdie. Wszystko przez to, że pierwsze uderzenie poszło w drzewa, piłki nie było sensu szukać. Baddeley dostał uderzenie kary i ponowił próbę. Tym razem piłka poszybowała w kierunku flagi, spadła na green i wtoczyła się do dołka.
– Czemu nie mogłem tak uderzyć za pierwszym razem? – pytał siebie Baddeley.
Koło nosa przeszła mu historyczna okazja – gdyby to było jego pierwsze uderzenie, stałby się drugim graczem w historii PGA Tour z hole in one na dołku par 4. A tak nadal jedynym jest Andrew Magee, który dokonał tego w 2001 roku podczas Phoenix Open.
[fot]fot. Golf24/Marek Darnikowski[/fot]





