Now Reading
Polsko-hiszpańska układanka

Polsko-hiszpańska układanka

Dzięki osobistym relacjom z rodziną Pedryców, Hiszpan Juan Ochoa trafił na kilka lat do Polski i to pod jego skrzydłami trenowali czołowi zawodnicy polskiej kadry narodowej. Choć obecnie 38-latek skoncentrowany jest na pracy z pnącym się w światowym rankingu Angelem Ayorą, to przyznaje, że wciąż traktuje Polskę jako swój drugi dom.

G&R: Gdyby nie golf, to co byś w życiu robił?
J.O.: Jako mały chłopiec marzyłem, by zostać piosenkarzem lub aktorem. No i policjantem, najlepiej w sekcji detektywistycznej.

G&R: A wyszło na to, że tropisz golfowe talenty, w tym te z Polski… Jaki był Twój pierwszy kontakt z Polską/Polakami?
J.O.: Przez mojego brata Mariano poznałem Tomka, tatę Alexa, który w Tarifie prowadził sklep windsurfingowy, a został również trenerem przygotowania motorycznego mojego brata i jego przyjaciela, także pro, Juana Manuela Fuentesa (obecnie pracujących w Bahrajnie). Gdy Alejandro miał kilka lat, to zdarzało się, że mój brat popatrzył na niego na polu, ale trudno to nazwać jakimiś lekcjami. Tak naprawdę to zostałem trenerem Alejandro po tym, gdy przeprowadzili się do Warszawy. Pozostaliśmy w kontakcie, właściwie to Alex traktował mnie jak starszego brata.

G&R: W maju 2012 r. wylądowałeś w Polsce…
J.O.: Tak. W Hiszpanii panował wtedy straszny kryzys gospodarczy i Tomek Pedryc pomógł nam znaleźć pracę w Polsce. Trafiłem do Kraków Valley i spędziłem w Paczółtowicach dwa sezony. Później przeniosłem się do Royal Kraków i pracowałem tam do 2017 r. Łącznie spędziłem w Polsce 5 lat.

G&R: Jak to wspominasz?
J.O.: To było jak podróż w czasie. Polska z tamtych lat przypominała Hiszpanię lat 80. Te drogi, koleje…Nic nie było jeszcze zbyt nowoczesne. Internet w telefonach też nie był tak powszechny jak teraz, nie korzystało się z nawigacji czy map Google, więc dostanie się dokądkolwiek bywało wyzwaniem. Początkowo przerażał mnie język, bo polski jest naprawdę trudny. A słyszałem, jak ludzie o mnie w koło mówią, a ja nie wiem co. Bardzo pomagała mi wtedy ekipa z recepcji i ówczesny marshall Dominik Parandyk. Zyskałem prawdziwych przyjaciół zarówno wśród pracowników pola, jak i członków klubu.

G&R: Co zaskoczyło Cię podczas pierwszej wizyty w Polsce, co było największym wyzwaniem?
J.O.: Pogoda była wyzwaniem. Temperatury spadające do -15° C., czy nawet -20. To, jak szybko robi się zimą ciemno, nie było łatwe, a dojazdy z symulatorów w Krakowie na pole zimą bez auta też nie należały do najprzyjemniejszych, komunikacją publiczną zajmowało to nierzadko trzy godziny. Natomiast ciekawie było obserwować, jak Polska się rozwija, jak zmieniają się drogi, jak powstają nowoczesne centra handlowe. To, jak przeobraził się wasz kraj w ostatnich 10 latach, jest niewiarygodne. Za każdym razem gdy przylatuję do Polski, to mnie mile zaskakuje, a lądując tutaj zawsze czuję, jakbym wracał do domu. Mam tu wielu przyjaciół, którzy traktują mnie jak rodzinę. Moja relacja z Polską jest wyjątkowa, a jeszcze bardziej poczułem to podczas Rosa Challenge Tour. To, w jaki sposób polscy golfiści wspierali mojego zawodnika Angela Ayorę i mnie podczas turnieju na Rosie było wyjątkowe.

Juan Ochoa współpracuje m.in. ze zwycięzcą turnieju Rosa Challenge Tour, Angelem Ayorą. Fot. Marek Darnikowski/Rosa Challenge Tour

G&R: Nie przeraziła cię różnica między popularnością golfa w Polsce, a w Hiszpanii?
J.O.: Różnica w liczbie obiektów była porażająca, zresztą dalej jest. Gdy przyleciałem nad Wisłę, mieliście 18 pól, teraz w promieniu 90 minut jazdy od miejsca, gdzie żyję, mamy blisko setkę. Liczbę graczy szacowano na 4 tysiące, w Hiszpanii sto tysięcy… Ale za to było tu już sporo utalentowanych juniorów, którzy wymagali tylko odpowiedniego poprowadzenia.

G&R: To których polskich zawodników wziąłeś pod skrzydła?
J.O.: To jest naprawdę długa lista, więc wymienię tych plasujących się najwyżej. Mateusz Gradecki, który za czasów naszej współpracy wygrał turniej ligi Challenge Tour, Alejandro Pedryc, z którym najdłużej współpracowaliśmy, a dalej Matylda Krawczyńska, która teraz notuje świetne wyniki…

G&R: Czy widzisz, jakieś wspólne cechy, które łączyłyby biało-czerwonych graczy?
J.O.: To, co cechuje polskich zawodników, to fakt, że nie przejmują się za bardzo pogodą, grają w każdym warunkach – czy zimno, czy deszcz czy wiatr. To wielka zaleta.

G&R: Jak wyglądała Twoja przygoda z golfem? Jak trafiłeś do tego sportu?
J.O.: Pochodzę z Andaluzji, dokładnie z San Roque koło La Linea de la Conception. W golfa zacząłem grać, jak miałem 11 lat za sprawą dziadków. Moi rodzice musieli pracować, więc w wakacje, abym nie siedział sam w domu, jeździłem do babci i dziadka, a oni zabierali mnie na pole golfowe. Na początku tylko im towarzyszyłem, ale z biegiem czasu sam też chciałem uderzać piłeczkę. Pod koniec lata babcia zapisała mnie i brata do szkółki juniorskiej La Cañada Golf Club, zresztą tej samej, w której naukę zaczynał Alejandro i tej, z której pochodzi cała lista golfowych gwiazd. No i to był strzał w dziesiątkę, bo gra z rówieśnikami to była dobra zabawa.

G&R: Do jakiego poziomu doszedłeś, co było największym sukcesem?
J.O.: Jak miałem 19 lat, przeszedłem na zawodowstwo. Studia byłyby za drogie, nawet gdybym otrzymał stypendium. Postawiłem na sport. Grałem w Alps Tour, brałem udział w kwalifikacjach do The Open, do European Tour, grałem w Northern Ireland Open w 2020 roku, raz wygrałem turniej na Valderramie, ale nie bardzo ważny. Głównie koncentrowałem się na lidze hiszpańskiej i na Alps Tour. Ale najmilej wspominam, jak jakieś 1,5 roku temu zagrałem z Angelem Hidalgo w drużynie. Angel był jeszcze amatorem, nie wygraliśmy, ale zajęliśmy punktowaną pozycję. Radość z gry była duża. Najlepszy mój wynik to 63 uderzenia w Madrid Open.

Tylko garstka osób ma potencjał, aby być nr. 1 na świecie. Angel był jedynym, jakiego znam.

G&R: Kiedy i dlaczego zdecydowałeś, że wolisz być trenerem, a nie graczem?
J.O.: To konsekwencja kilka zdarzeń. Jadłem obiad z zawodniczką LET, która pracowała z Paulem Dorochenko, jednym z trenerów Rogera Federera, odpowiedzialnym za część mentalną i przygotowanie motoryczne. Przedstawiono nas sobie, złapaliśmy dobry kontakt i pojechałem do Walencji z nim się spotkać, aby uzyskać wskazówki co do rozwoju mojej gry, ale i coachingu. Wtedy trenowałem Angela Hidalgo, miałem też pod skrzydłami niezłych juniorów. Posłuchałem rad Paula, aby nie być jednym z wielu trenerów, a możliwie najlepszym. Postanowiłem się na tym koncentrować, część z moich zawodników niedługo potem dostała się na studia do USA, a ja rozpocząłem pracę m.in. z Mateuszem Gradeckim.

G&R: Czy szkolenie zawodników w Polsce jest w jakikolwiek sposób porównywalne do tego w Hiszpanii?
J.O.: Nie jest. Finansowanie zawodników, to, do jakiej infrastruktury gracze mają dostęp, to wciąż jest przepaść. Nie twierdzę, że system szkolenia w Hiszpanii jest super, bo nie jest, ale w hiszpańskim golfie jest o wiele więcej pieniędzy. Więcej zawodników, więcej pól, to i więcej finansów na szkolenie i więcej sponsorów. Dobrzy gracze mogą trenować właściwie gdziekolwiek chcą, w tym jeździć na pola typu links. W Polsce jest ciężej. Przede wszystkim pogoda nie sprzyja, a – co za tym idzie – część pól nie jest w świetnym stanie, po drugie, dla wielu to wciąż drogi sport. To się zmienia, bo inwestujecie w nowoczesne sprzęty, wielu graczy dysponuje Trackmanem, są świetne symulatory i myślę, że ostatnie 5 lat było przełomowe. Zaczyna się boom na golfa, a upatruję w tym także wpływ sukcesów Adriana Meronka. Rodzice młodych zawodników naprawdę inwestują w golfa swoich dzieci i to jest zupełnie inny poziom niż jeszcze kilka lat temu.

G&R: Co moglibyśmy zmienić, aby poprawić poziom golfa w Polsce?
J.O.: Sprawić, by golf był tańszy i bardziej dostępny. Poza nowymi polami bardzo czuć potrzebę driving range’ów i symulatorów w miastach, żeby nie trzeba było jechać ponad godzinę na trening. Szkolenie idzie w dobrym kierunku, bo coraz częściej korzystacie ze współpracy z zagranicznymi, doświadczonymi trenerami. Natomiast widzę potrzebę organizowania obozów. W innych miejscach. Miejsca na Challenge Tour powinny być na zaproszenia, a nie płatne, szczególnie że dojazd na turnieje to też straszne koszty. Super, gdyby federacja w tym pomagała.

Hiszpański trener zyskał uznanie także u polskich golfistów i golfistek. Fot. G&R/Marek Darnikowski

G&R: Co takiego wyjątkowego dostrzegłeś w Angel Ayora? Opowiedz o Waszej pracy i drodze w Challenge Tour.
J.O.: Trudno to opisać. Zobaczyłem to, jak uderza, jak się zachowuje, jak mówi i przypominało mi to Rafaela Nadala i Rogera Federera oraz innych sportowców, których podziwiam. Świetnie uderzał, jeśli chodzi o dystans, ale zdecydowanie bardziej chodzi o jego nastawienie i podejście do golfa. Tylko garstka osób ma potencjał, aby być nr. 1 na świecie, a dla mnie był jedynym, jakiego znam. Zaproponowałem więc współpracę, a trafiłem w moment, w którym szukał szkoleniowca. Był jeszcze amatorem. Tylko ja naprawdę w tym przypadku chciałem dać ze swojego czasu sto procent i tak zostałem nie tylko trenerem, ale i caddiem (tzw. coach caddie), pomogłem mu też znaleźć menedżera i przygotować go na zawodowstwo. Im bardziej go naciskałem, tym więcej on dawał z siebie i zaczęło to naprawdę dobrze działać. Zaczęliśmy w listopadzie zeszłego roku. Każdy kolejny tydzień prowadził nas do zwycięstwa na Rosie, po którym dostaliśmy zaproszenie na Omega European Masters cyklu DP World Tour. W 2025 roku również chcę skupić się na pracy z Angelem.

fot. G&R/Marek Darnikowski

© 2025 Magazyn golfowy GOLF&ROLL, wydawca: NO81 Sp. z o.o., z siedzibą w/przy: ul.  Kazimierza Górskiego 1/416, 81-304 Gdynia