Aktualne informacje dotyczące golfa w Polsce i na świecie, szereg…
Golfowe zakłady bukmacherskie mogą przynieść ogromne pieniądze. W grę wchodzi zarówno wytypowanie zwycięzcy całego turnieju, jak i mistrzów poszczególnych dołków. Steve Palmer, który ma na koncie niesłychaną liczbę wygranych zakładów, wyjaśnia, jak odnieść sukces w tej właśnie dziedzinie.
Miłośnikom golfa ta postać z pewnością nie jest obca. Palmer to wyrocznia, jeśli chodzi o trafne przewidywanie wyników, jakimi zakończą się golfowe turnieje. Prognozy, które zamieszcza w każdą środę w „Racing Post” [brytyjska gazeta o tematyce obejmującej wyścigi konne i psie oraz zakłady sportowe – przyp. red.] są obowiązkową lekturą każdego pasjonata golfa. Legendą obrosło już jego wytypowanie Thomasa Bjorna na zwycięzcę Qatar Masters w 2011 r. W historii wspomnianej gazety była to rekordowa wygrana. Kolejny sukces zapisał na swoim koncie wówczas, gdy zgarnął 52000 funtów w ciągu jednego dnia. Palmer nie ogranicza się więc do dawania wskazówek, ale swoje słowa popiera działaniem. Pod koniec 2012 r. suma, którą przeznaczył na obstawianie w golfowych rozgrywkach, wynosiła 150 000 funtów i przyniosła mu pokaźny zysk. Jak on to robi? Oto garść wskazówek.
Kluczowe pytanie brzmi: Czy można dorobić się fortuny – powiedzmy miliona funtów – obstawiając turnieje golfowe?
Tak, to możliwe. Warunkiem jest jednak głęboka wiedza i poświęcenie ogromnej liczby godzin na analizę możliwości i kondycji poszczególnych golfistów. Dla przykładu, jeśli wiesz, że dany gracz występował przez pięć tygodni z rzędu, ale w szóstym nie szło mu już tak dobrze, to punkt dla ciebie. Jeśli znasz mocne i słabe strony każdego uczestnika turnieju, orientujesz się w harmonogramach rozgrywek, jesteś gotowy, aby całkowicie się w tym zagłębić i – co najistotniejsze – masz konta na różnych giełdach bukmacherskich, a co za tym idzie dostęp do najlepszych ofert, wtedy masz szansę na zbicie fortuny. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynasz wygrywać, a bukmacherzy zamykają twoje konto. Nie dzieje się tak chyba tylko na Betfair [największa internetowa giełda zakładów bukmacherskich – przyp. red.], ale tam obowiązują specyficzne zasady, ponieważ zakładasz się z innymi ludźmi. Pierwsze pieniądze są więc najłatwiejsze. Później jest już coraz trudniej. Jeśli wygrywałbyś każdego tygodnia, to teoretycznie, w ciągu pół roku byłbyś już milionerem. Ale to nie jest oczywiście takie proste. Jeśli by było, nikt nie zajmowałby się niczym innym. Ja próbuję już kilka dekad i nie jestem jeszcze na półmetku w drodze do miliona.
Ile pieniędzy przeciętnie obstawiłeś w zakładach w każdym tygodniu 2012 roku?
Suma ta waha się od 1000 do 13000 funtów. Średnio w każdym tygodniu był to wydatek rzędu 3 000 funtów. Przez pierwsze dziesięć miesięcy 2012 r. postawiłem 40 000 funtów. To zawsze jest jak ostra jazda na rollercoasterze. Byłbym bardziej efektywny, gdybym nie stawiał pieniędzy także na inne dyscypliny sportu, na przykład piłkę nożną.
A jaka była największa kwota, którą wygrałeś w pojedynczym zakładzie golfowym?
To zależy, z jakiej perspektywy na to spojrzeć. Zarobiłem 52 tys. funtów jednego dnia, ale na tę sumę złożyły się trzy oddzielne zakłady. Natomiast największa pojedyncza wygrana to 22 tys. funtów, które zdobyłem, typując Rory’ego McIlroya na zwycięzcę PGA Championship. Było mi bardzo miło.
Świętujesz swoje wygrane, czy jest to dla ciebie tylko biznes?
Niestety, czasy, kiedy świętowałem, już minęły. Dawniej, gdybym wygrał tysiąc funtów, byłbym szaleńczo szczęśliwy i celebrowałbym to hucznie całą noc. Im częściej jednak coś robimy, tym mniej przyjemności nam to sprawia. Tak jest ze wszystkim. Kiedy Rory szedł po zwycięstwo w PGA Championship i był jeszcze od tego bardzo daleki, przełączałem kanały i oglądałem olimpiadę. Nie byłem podekscytowany. Porównałbym to do kochania się po raz pierwszy z piękną kobietą. Jest to wspaniałe doświadczenie, ale…
Obstawiasz turnieje golfowe dlatego, że jesteś ekspertem w tej dziedzinie, czy dlatego, że dają one największe szanse na zdobycie pieniędzy? Czy z obu powodów?
Golf oglądam z religijnym namaszczeniem i mam naprawdę dużą wiedzę na temat tego sportu. Logiczne jest, że swoją bukmacherską aktywność skupiam właśnie na nim. Wiem jedno. Nawet gdybym był mało gorliwym fanem golfa, obstawianie golfowych zakładów pochłonęłoby mnie bez reszty. Ich piękno to przede wszystkim potencjalna, cudowna nagroda. Turnieje regularnie wygrywają golfiści, którzy zajmują trzeciorzędne pozycje na listach bukmacherskich. To przyciąga jak magnez. W świecie zakładów bukmacherskich rzadko zdarza się, aby obstawiwszy kogoś o nikłych szansach, wygrać pokaźną sumę pieniędzy. Uczestnicy wyścigów konnych, których wytypowanie daje sposobność na zdobycie dużych pieniędzy, są zazwyczaj kompletnie beznadziejni i nie mają szans na zwycięstwo. W golfie jest inaczej. Turnieje nasączone są taką dawką rywalizacji, że nawet najwięksi faworyci mogą nie podołać presji.
Jak wygląda twój typowy tydzień?
Cóż, poniedziałki mam zazwyczaj całkowicie wolne od pisania. Od świtu do zmierzchu pracuję jak mrówka i próbuję wysondować najlepsze opcje dla zbliżających się rozgrywek. Później stopniowo jest już coraz łatwiej. W zasadzie trzy dni poświęcam na selekcję i prognozy, a kolejne cztery na oglądanie, jak się sprawdzają. Jak widać, może to być bardzo pochłaniające.
Jakie są najważniejsze aspekty, które kolejno bierzesz pod uwagę przy obstawianiu swoich typów?
Kiedy oceniam szanse każdego gracza, zawsze zadaję sobie trzy podstawowe pytania. Czy dany golfista jest gotowy na to, aby wygrać właśnie ten turniej? Czy jego umiejętności dostosowane są do warunków panujących na polu golfowym? Czy potencjalna wygrana jest wyższa niż powinna być? Jeśli na wszystkie trzy pytania odpowiem twierdząco, wtedy biorę danego gracza pod rozwagę w swoich bukmacherskich planach. Najważniejsze pytanie, jakie należy sobie zadać przed obstawieniem pieniędzy w jakichkolwiek zakładach sportowych, brzmi jednak: „Czy szanse na wygraną są większe niż się wydaje?”.
Jaki rodzaj zakładu najczęściej obstawiasz?
Typowanie zwycięzcy całego turnieju to jedyny zakład, który może zapewnić mi teraz emocje ze względu na duże prawdopodobieństwo wygranej. Bardziej zachowawczy gracze obstawiają poszczególne mecze. Wtedy typuje się po prostu zwycięzcę na poszczególnym etapie rywalizacji. Mnie to jednak nie ekscytuje. Nie można dużo wygrać, jeśli kurs wynosi 10/11. No, chyba że postawiłbym 10 tys. funtów. Dla mnie jednak pierwszorzędne znaczenie mają zakłady na zwycięzcę całego turnieju. To oczywiście najtrudniejsza działka, ale nigdzie indziej nie można zdobyć tak dużych pieniędzy.
Czy wprowadzenie zakładów na żywo i opcji lay-off zmieniło coś dla Ciebie?
Niespecjalnie. Ostrożni gracze zawsze lubią mieć gwarancję uzyskania profitu. Często obstawiają więc zdarzenie przeciwne niż wcześniej wytypowali. Prawie zawsze udaje mi się odeprzeć tę pokusę. Według mnie jest to kpina z całej procedury stawiania zakładów. Jeśli przed turniejem wytypowałbym jakiegoś zawodnika na zwycięzcę, to podczas finału również obstawiałbym jego. Hazard to hazard. Jeśli miałeś rację, zdobywasz pieniądze, jeśli byłeś w błędzie, tracisz je.
Jakiej rady udzieliłbyś komuś, kto dopiero zaczyna grać w zakładach bukmacherskich?
Pierwsza i najważniejsza kwestia to otworzenie kont na tylu giełdach bukmacherskich, na ilu się da. To umożliwia dostęp do wachlarza cen. Część moich znajomych ma tylko jedno konto, na przykład na Ladbrokers albo Paddy Power, co naprawdę mnie wkurza. Typują zwycięzcę według kursu 25-1, a na innej giełdzie zrobiliby to samo według kursu 40-1. Posiadanie konta nie wiąże się z obowiązkowym stawianiem zakładów. Nowy klient może to zrobić zazwyczaj bezpłatnie. To szaleństwo, aby samemu sobie zmniejszać szanse, działając tylko na jednej giełdzie.
„Golf&Roll” nr 12/2013





