Now Reading
Bob Toski: Życie jest jak huśtawka

Bob Toski: Życie jest jak huśtawka

Można się długo zastanawiać, co fascynuje nas w sławnych ludziach. Czy to, że potrafią robić coś najlepiej, profesjonalnie i zdecydowanie ponad przeciętną? Czy ich charyzma, która pozwala osiągnąć to, co dla nas wydaje się nieosiągalne? A może systematyczna praca (od dziecka) i ciągłe dążenie do perfekcji? Nie ulega wątpliwości, że wszystkie te elementy mają wpływ na powstawanie tego, co Amerykanie tak chętnie nazywają ,,legendą” (the Legend), a człowieka nią owianego określają mianem „legendarny”.

Tekst: Zygmunt Kleszcz

 

„Miałem to zapisane w gwiazdach”

Historia, która skłania do takich rozważań, rozpoczyna się na początku ubiegłego wieku, w roku 1905. Polska ledwie dyszy pod zaborami, a Polacy nie widzą większych realnych szans na odzyskanie niepodległości. Najtrudniej żyje się ludziom w „Kongresówce”, czyli pod zaborem rosyjskim. Pogarszające się warunki życia i pracy, nasilające się w tym czasie strajki, rozruchy i represje zmuszają wielu młodych Polaków do emigracji. Osiedlają się głównie w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Tam mogą liczyć na lepsze życie i jednocześnie mogą być Polakami.

Wśród nich jest Walenty Augustowski, wtedy osiemnastolatek z małej miejscowości Letniki na Podlasiu. Rzuca się na głęboką wodę i przez Hamburg, jako jeden z wielu, dociera do Bostonu, ówczesnej mekki polskich emigrantów. Trzy lata później Walenty i Maria, z domu Kocieńska, wezmą ślub w polskim kościele w Northampton. Ich syn, a nasz bohater – Bob Toski (Robert Jan Augustowski) – urodzi się w 1926 r. jako ich siódme dziecko – ostatecznie będzie miał czterech braci i cztery siostry. W wieku 6 lat Bob straci matkę, a jego wychowaniem zajmą się głównie siostry. One, tak jak starsi bracia, którzy pracują już jako asystenci Pro w pobliskim Northampton Country Club, starają się pomóc ojcu w wychowaniu młodszych dzieci.

Wspomniany klub golfowy będzie miejscem, gdzie niespełna ośmioletni Bobby zacznie zarabiać pierwsze pieniądze jako caddie (wielu znanych mistrzów golfa zaczynało w taki sposób swoje kariery). Po pracy ma jeszcze czas trochę poćwiczyć (nie było wtedy telewizji ani innych pożeraczy czasu) i popatrzeć, jak ćwiczą i grają golfowe sławy. A było na kogo patrzeć. Za parę lat będzie mógł się z nimi witać: „Dzień dobry, Jimmy” (Demaret, 31 wygranych turniejów PGA, 3 zwycięstwa w Masters), „Dzień dobry, Byron” (Nelson, 52 zwycięstwa w turniejach PGA, 2 tytuły w Masters, 1 w U.S. Open, 1 w PGA Championship), „Dzień dobry, Sam” (Snead, 82 wygrane turnieje PGA, w tym 7 majors, w tym The Open Championship). Jak wspomina siostra Toskiego, pierwszymi jego nauczycielami gry byli jednak bracia: Jack, Tom i Ben. Obecnie 92-letnia Dotti (Dorota) ma wiele wspomnień i pamiątek rodzinnych związanych z Bobbym (tak nazywa do dziś tego, bądź co bądź, 87-latka) i pozostałymi braćmi. To dzięki jej uprzejmości widziałem m.in. kopie zdjęć z dawnych lat, oryginalne scorecards z turnieju Toski Invitational z 1974 roku, gdzie na zaproszeniu czytamy: „Intencją rodziny Toski była zawsze chęć przekazywania ich wielkiego ducha gry w golfa przyszłym generacjom golfistów”. Dzięki doskonałej pamięci i skrupulatności Dotti poznaliśmy wiele ciekawych szczegółów, do których nasz bohater nie przywiązywał większej wagi.

Tymczasem jest rok 1944, II wojna światowa wchodzi w decydującą fazę. Robert Augustowski jako 18-latek kończy High School i planuje karierę zawodowego golfisty. Życie przygotowuje mu jednak inny scenariusz. Otrzymuje powołanie do wojska i w szeregach amerykańskiej armii zostaje wysłany do Indii, w pobliże granicy z Birmą. Jednak łaskawy los i umiejętności gry w golfa oszczędzą mu bezpośredniej konfrontacji z wrogiem, tzn. wojskami japońskimi. Przyłożyli do tego swoją rękę oficerowie-golfiści, którzy chętnie korzystają z jego fachowej pomocy. W efekcie pod koniec służby zostaje nawet wysłany na turniej Calcutta Open, który to Bobby wygrywa w cuglach. Rok później Japonia kapituluje, a nasz bohater wraca do rodzinnego domu w Massachusetts. Teraz, wydawałoby się, bez przeszkód będzie mógł realizować swoje marzenia o profesjonalnej grze w golfa. Ta gra była jego życiem i nie wyobrażał sobie, że może robić coś innego. Miał dobre wyczucie, dar, który pozwalał mu podejmować odpowiednie decyzje w odpowiednim czasie. Postanowił być konsekwentny. Intuicja, jak dotąd, go nie zawiodła.

Bob Toski przeszedł do historii jako pierwszy żyjący instruktor włączony do World Golf Teachers Hall of Fame. Za osiągnięcia sportowe i stałe podkreślanie swojego pochodzenia został także przyjęty do National Polish-American Sports Hall of Fame. Fot. G&R/Zygmunt Kleszcz

„Grałem i wygrywałem z najlepszymi”

Koniec lat czterdziestych w USA to okres, którego nie da się porównać z analogicznym w Europie. Podczas gdy tu jest czas odbudowy zniszczeń wojennych, w Stanach gospodarka ma się bardzo dobrze. Nie znaczy to, że nie ma tam biedy. Jest także, ale jakby na innym poziomie. Rodziny wielodzietne, a w takiej żyje i dorasta Bob Toski, dają sobie jakoś radę. W tym konkretnym przypadku dzięki golfowi. Bobby jako dziewiętnastolatek zaczyna swoją karierę zawodowca. Gdy podczas jednej z rozmów zapytałem go, jaki miał wtedy handicap, najpierw dziwnie popatrzył na mnie, potem oznajmił: „Czternaście kijów i osiemnaście dołków, jak wszyscy”. Tak jak czterdzieści lat wcześniej jego tata Walenty, również Robert rzuca się na głęboką wodę. Ryzykuje, jak mu się wtedy przynajmniej wydawało, niewiele.

Potrzebne są jednak pieniądze na sfinansowanie trudnych początków zawodowego golfisty. Toski między turniejami pracuje w dalszym ciągu jako caddie, a od czasu do czasu próbuje także swoich sił jako showman. Pierwsze lata przyniosą mu jednak rozczarowania i zwątpienia. Pieniądze z turniejów, jeśli w ogóle są, nie pokrywają poniesionych kosztów. Miłość do golfa wydaje się być tą bez wzajemności. Dodatkowym upokorzeniem są wybuchy śmiechu publiczności przy próbach wymówienia jego nazwiska przez startera: „A teraz na tee nr 1, Bob Agus Algust to… Graj już wreszcie!”. Po naradzie z braćmi, którzy mają podobne doświadczenia, postanawiają cztery sylaby skrócić do dwóch, przyjmując nazwisko Toski.

Nie zmienia to oczywiście w niczym sytuacji naszego bohatera. Nadal ledwo wiąże koniec z końcem. Pilnie potrzebuje sponsora, nie może przecież pożyczać w nieskończoność pieniędzy. Ci wreszcie się pojawiają, jednym z pierwszych będzie Anthony Blyda z branży samochodowej. Potem zainteresuje się nim także Toney Penna, który nie tylko wprowadzi go w tajniki gry profesjonalnej, lecz także pomoże uzyskać sponsoring firmy McGregor.

Grając wówczas w różnych turniejach zawodowych w całych Stanach, Bob Toski zbiera doświadczenie, uczy się na polu od najlepszych. Fascynuje go głównie gra Bena Hogana, który podobnie jak on był samoukiem. Parę dni temu, oglądając stare zdjęcia w stylowym domu Toskiego w Boca Raton na Florydzie, moją uwagę zwraca ogromne podobieństwo swingu tych dwóch golfistów. „Mieliśmy w Europie też gracza o podobnie dynamicznym swingu”, wtrącam nieśmiało. Toski najpierw patrzy groźnie, potem uśmiecha się i stwierdza: „Tak, oczywiście, to był Hiszpan Seve Ballesteros”.

Jest początek lat pięćdziesiątych i dalej to samo. Dalekie trasy z turnieju na turniej, pieniądze z nagród pozwalają już jakoś przeżyć, nic więcej. Znowu pojawiają się wątpliwości, czy warto i jak będzie dalej. Rodzina, szczególnie siostry, w których zawsze miał wsparcie, mówią mu, że na wielką karierę pewnie i tak jest za mały, za słaby, a poza tym jest Polakiem. Będzie lepiej, jeśli zajmie się czymś bardziej intratnym. Psychologów sportu wymyślono dużo później, wtedy można było co najwyżej poradzić się starszych kolegów. Ze swoimi wątpliwościami Toski zgłasza się do Jimmy Demareta, a ten w krótkich słowach stawia następującą diagnozę: „Bob, nie jesteś głupi, jesteś Polakiem i z tego powinieneś być dumny. Jeśli jesteś wystarczająco dobry, a jesteś, to będziesz wielki. Ty nawet nie wiesz, jak dobry jesteś!”. Zadziałało, uwierzył w siebie i swoją grę, wytrwał w postanowieniu grania profesjonalnie w golfa.

W grudniu 1953 r. Bob Toski wygrywa Havana Invitational. Ostatnią rundę ogląda na żywo jego narzeczona Lynn. Z tym wydarzeniem wiąże się ciekawa historia. Toski zaprosił Lynn na ten turniej już wcześniej, musiał jednak uzyskać zgodę jej matki. Jego przyszła teściowa była kobietą practical, więc zapytała o wiarygodność biznesową pretendenta. „Mam na koncie pięć tysięcy”, odpowiedział. W rzeczywistości miał 500 dolarów. Zgodziła się, Lynn przyjechała. Trzeba było zatem pokazać się z jak najlepszej strony. Na osiemnastym dołku pech, piłka ląduje w jakimś badziewiu, Toski nie ma kontaktu wzrokowego z greenem. Pełne ryzyko się opłaca. Uderzenie życia ratuje go przed blamażem, daje zwycięstwo w turnieju i nagrodę pieniężną. Tydzień później Bob i Lynn są już małżeństwem.

W roku kolejnym (1954) Toski wygrywa mistrzostwa świata w golfie (World Championship of Golf), dostaje za to 50 000 dolarów. Była to ogromna suma, zważywszy że za pierwsze miejsce w Masters lub British Open zwycięzca otrzymywał czek na kwotę rzędu 1500 dolarów. Ten plus cztery inne wygrane turnieje PGA dają okrągłą sumę 65 tys. dolarów. Jest najlepiej zarabiającym golfistą roku. Teściowa nie musiała już pytać o stan jego konta, informowały ją o tym wszystkie gazety i telewizja. To właśnie transmisje telewizyjne spowodowały, ku wielkiej radości graczy, ten nagły wzrost wysokości nagród.

Dwa lata później Toski postanawia: „Dla dobra rodziny wycofuję się z profesjonalnej gry w golfa”. Jak się okazało, największą miłością Bobbiego był jednak nie golf, a jego żona Lynn. Będą mieli czwórkę dzieci. Przeżyją razem 57 lat, będąc szczęśliwym małżeństwem.

Bob Toski urodził się w 1926 roku w USA w rodzinie polskich emigrantów. Fot. G&R/Zygmunt Kleszcz

„Będę uczył innych”

Tym postanowieniem, podjętym w wieku 30 lat, nie mógł nawet przypuszczać, na co się decyduje. To prawda, jego bracia od lat nauczali, on sam sporadycznie udzielał lekcji już wcześniej. „Wiedziałem, że drzemie we mnie nauczyciel gry w golfa”. Co spowodowało, że decyzji swojej nigdy nie żałował? Rodzina. Póki grał, wciąż cierpiał z powodu rozłąki i tęsknoty. Z turniejów wysyłał do Lynn często po 2 listy dziennie. Po latach powie: „Nigdy jednak nie myślałem, że mogę być tak dobrym nauczycielem, jakim byłem graczem”, po czym doda: „Jeśli chcesz się nauczyć, jak się gra, to graj, jeśli chcesz się nauczyć, jak się uczy, to ucz”. Toski potrzebował około pięciu lat, aby nauczyć się uczyć dobrze.

Golf to gra, która jednych zniewala, a innych wyzwala. Dla jednych to praca, dla innych fascynacja lub przyjemność. Dla Boba jest i tym, i tym. Szybko pojmuje, że granie w golfa jest umiejętnością, ale nauczanie gry to sztuka. Mówi mi: „Umiałem dobrze grać w golfa i zdobyłem sztukę nauczania tej gry. To pozwoliło mi dzielić się tą wiedzą z różnymi typami golfistów. Ja oddaję, co Bóg mi dał razem z talentem do grania. Posiadłem wiedzę, którą próbuję przekazać innym golfistom, tak by gra w golfa dawała im wiele przyjemności”.

Swoje doświadczenia oraz przemyślenia zawarł w różnych książkach. Pisał je sam lub z innymi. Przykładem niech będzie „Jak zostać kompletnym golfistą” napisana wspólnie z Jimem Flickiem. Wyjaśniona jest tam na przykład ich teoria nauczania gry oparta na tzw. teorii trójkąta uczenia: wiedza i jej aplikacja za pomocą odpowiedniej komunikacji uczącego z uczniem. Każdy uczeń jest inny, indywidualne podejście daje najlepsze wyniki.

Pod koniec lat 60. już jako znany i uznany nauczyciel rozpoczyna ścisłą współpracę z amerykańskim magazynem „Golf Digest”, pisze artykuły, udziela wywiadów. Uruchamia wielkie wspólne przedsięwzięcie – zakładanie szkół golfa Bob Toski Golf Schools na całym świecie, głównie w Azji. Golf jest grą na całe życie, w jego przypadku wspaniałym sposobem na długie i ciekawe życie. Jest nie tylko znakomitym nauczycielem golfa (od wielu lat w czołówce rankingu najlepszych w USA), do tego niezwykle pracowitym (ponad 100 000 – tak, tak, sto tysięcy – lekcji na koncie). To jest wyczyn, który mówi sam za siebie. Ta praca utorowała mu drogę do sławy. Jego uczniami byli zarówno początkujący gracze, ambitni amatorzy, jak również wielkie gwiazdy golfa, na przykład Tom Kite.

A jednak… stwierdzenie „nobody’s perfect” dotyczy również naszego bohatera. Jak mi mówi Kevin Battersby z Toski-Battersby Learning Center, ten znakomity nauczyciel nie miał szczęścia, poza małymi epizodami, jako coach zawodowych graczy. Mentalnie jest to trudne do pogodzenia, chociaż znane są takie przypadki. Przyczyną może być też temperament Boba Toskiego i jego emocjonalny styl nauczania. Gdyby nie został zawodowym golfistą, a potem nauczycielem, pewnie byłby świetnym aktorem. Jest celebrytą, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Świetnie tańczy i śpiewa. Rozmowa z nim jest przyjemnością, raz po raz zaskakuje dobrą pamięcią i błyskotliwością.

Jest chyba ostatnim przedstawicielem starej szkoły golfa, która opiera się na solidnych podstawach. W czasie pierwszej lekcji przepytuje w manierze „starego belfra” najpierw z tego, co wiesz, potem następuje krótki sprawdzian z tego, co umiesz. Na tym buduje dalszą naukę, dla każdego ucznia, dokładnie, na miarę. Jest też jednym z ostatnich romantyków w golfie. Jest dumny ze swego polskiego pochodzenia, które w chwilach zwątpienia dało mu być może najważniejszy impuls do tego, aby trzymać się obranej drogi. Ta zaprowadziła go nie tylko do Galerii Sławy Światowej Najlepszych Nauczycieli Golfa, ale również do National Polish-American Sports Hall of Fame.

Przy pierwszym naszym spotkaniu, kilka tygodni temu, powiedział mi po polsku: „Ja jestem dobry Polak”. Wczoraj, przy pożegnaniu, że chciałby jeszcze zdążyć odwiedzić rodzinne strony swoich rodziców.

*1 marca 2014. Boca Raton, Floryda, USA, tekst ukazał się na łamach „Golf&Rolla”

W wieku zaledwie 30 lat, będąc u szczytu sławy, Bob Toski podjął jednak decyzję o wycofaniu się z regularnej gry w cyklu zawodowym i zajął się trenowaniem innych. Fot. G&R/Zygmunt Kleszcz
© 2025 Magazyn golfowy GOLF&ROLL, wydawca: NO81 Sp. z o.o., z siedzibą w/przy: ul.  Kazimierza Górskiego 1/416, 81-304 Gdynia