Redaktor naczelna magazynu "Golf&Roll" oraz strony internetowej czasopisma. Z pismem…
Od trzech lat Rafał Brzoska, twórca marki InPost, chwilę resetu od zabieganej rzeczywistości znajduje na polu golfowym. Przeważnie w Hiszpanii, gdzie najczęściej można z nim umówić się na rundę. Nam opowiedział o swojej nowej pasji, wyzwaniach, przed jakimi stoi, będąc na czele globalnej marki szturmującej międzynarodowe rynki, oraz o tym, czy myśli o budowie własnego pola golfowego.
G&R: W listopadzie w Turnieju Niepodległości o Puchar Prezesa Polskiej Rady Biznesu w Marbelli odbierał Pan statuetkę za najlepszy wynik wśród członków PRB. Czy dużo już takich mniejszych lub większych sukcesów w golfie ma Pan na swoim koncie? Które szczególnie napawają Pana dumą?
Rafał Brzoska: Tak naprawdę zacząłem grać w golfa dopiero trzy lata temu i sport ten bardzo szybko stał się moją ogromną pasją. Niestety, wciąż nie jestem na emeryturze (śmiech), więc czasu, który mogę mu poświęcać, jest zdecydowanie mniej, niż bym chciał. Jeśli chodzi o wyniki, uzbierało się już kilka nagród – myślę, że sześć–siedem. Mam na koncie jedno pierwsze miejsce, ale wtedy mój handicap wynosił 36. Dziś to 21,7, więc każde drugie czy trzecie miejsce w turnieju traktuję już jako duży sukces. Walczę oczywiście o więcej, ale nie gram dla pucharów. Gram dla emocji, ekscytacji, ambicji – i całej tej niezwykłej mieszanki wyzwań, które golf ze sobą niesie.
G&R: W jakich okolicznościach złapał Pan golfowego bakcyla i co Pana najbardziej urzekło w tym sporcie?
R.B.: Paradoksalnie pierwszy raz trzymałem kije golfowe w rękach jakieś piętnaście lat temu dzięki mojemu serdecznemu przyjacielowi i byłemu wspólnikowi, Krzysztofowi. Wtedy jednak wychodziłem na pole może dwa–trzy razy w roku. On powtarzał mi: „Musisz wybić wagon piłek, żeby naprawdę zacząć grać w golfa”. Prawdziwy „bakcyl” pojawił się dopiero trzy lata temu, kiedy w Hiszpanii poznałem Adriana Kaczałę – dziś mojego podopiecznego, którego wspieram prywatnie i całym sercem. Zacząłem grać i trenować regularnie, pojawiły się pierwsze efekty… i golf stał się pełnoprawną pasją. Pasją, którą zdążyłem już zaszczepić mojemu synkowi – jestem przekonany, że za dwa–trzy lata zacznie mnie na polu ogrywać. Najbardziej urzeka mnie w golfie to, że każda runda jest inna. Każde pole na świecie jest inne – nie ma dwóch takich samych. W tenisie kort ma zawsze te same wymiary, boisko piłkarskie też. W golfie są setki tysięcy pól, każde absolutnie unikatowe. To czyni ten sport wyjątkowym. Druga rzecz to system handicapowy – chyba jedyny taki przypadek w sporcie, gdzie amator może realnie ograć profesjonalistę. Nie trzeba 20–30 lat kariery, żeby mieć szansę wygrać. Gdy gram z Adrianem, zawodowcem, bardzo często – dzięki handicapowi – wychodzę z tej rywalizacji zwycięsko. To niesamowicie motywuje do dalszej pracy. Do tego golf to sport na świeżym powietrzu, promujący zdrowy tryb życia. Czołowi golfiści świata wyglądają jak wyrzeźbieni greccy bogowie – to nie jest sport „dla emerytów”, jak mówią ci, którzy w ogóle nie grają. To jeden z najtrudniejszych, o ile nie najtrudniejszy, sport techniczny, w którym fizyczność, technika i przygotowanie mentalne są równie ważne. Wiele badań pokazuje, że golfiści grający regularnie żyją dłużej – niektóre mówią nawet o ośmiu latach. Oczywiście dotyczy to tych, którzy naprawdę chodzą po polu, a nie tylko jeżdżą meleksami (śmiech).

G&R: Golf to sport rodzinny, pozwalający łączyć pasję kilku pokoleń. Na polu golfowym często towarzyszy Panu żona Omenaa Mensah. Czy ona w równym stopniu podziela Pana pasję do tego sportu?
R.B.: Tak, mniej więcej trzy lata temu moja ukochana Omenaa również zaczęła grać w golfa i bardzo szybko robiła postępy. Nie mieliśmy wielu okazji, by regularnie wychodzić razem na pełne rundy, ale każdy wspólny wyjazd na pole był dla mnie ogromną radością. Około roku temu Omenaa odkryła jednak drugą pasję – tenis – i ten sport całkowicie ją pochłonął. Widzę, jak szybko się rozwija, i kibicuję jej z całego serca. Wierzę jednak i trochę sam sobie obiecuję, że do golfa jeszcze wróci. Marzy mi się, żebyśmy jako para odwiedzali różne pola na świecie i dzielili tę pasję – widzę wiele takich pięknych par na polu. Ponieważ Omenaa więcej czasu spędza teraz na korcie, nowym sparingpartnerem został nasz synek, Vincent. Od około dwóch lat na poważnie trenuje golfa i ma przepiękny swing. W tym roku zagrał swoje pierwsze 14 dołków bez przerwy, więc jestem spokojny – w przyszłym sezonie pełne 18 będzie już do zrobienia.
G&R: Zarówno Pan, jak i Pana żona, jesteście osobami o silnych charakterach. Czy na polu golfowym zdarza się Państwu rywalizować, czy raczej jest to czas na relaks i wzajemne wsparcie?
R.B.: Dla mnie golf jest przede wszystkim relaksem i wyzwaniem wobec samego siebie – to ciągłe podnoszenie jakości własnych uderzeń i gry. Oczywiście, kiedy gram ze znajomymi w match playu czy „skiny”, jest tam dużo emocji i zdrowej rywalizacji. Natomiast z żoną staramy się, żeby pole golfowe było przestrzenią wzajemnego wsparcia, a nie ścigania się na wyniki. Kibicujemy sobie, cieszymy się z udanych uderzeń i postępów. To jest dla nas bardziej wspólny, jakościowy czas niż sportowa walka.
G&R: Golf to sport wymagający cierpliwości i analizy. Jakie cechy, które przydają się Panu w zarządzaniu międzynarodową korporacją, przenosi Pan na pole golfowe?
R.B.: Golf rzeczywiście wymaga analizy i ogromnej cierpliwości – pod tym względem bardzo przypomina biznes. Są wzloty i upadki, genialne rundy i takie, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Kluczowe jest to, żeby wyciągać wnioski z porażek – z nieudanych uderzeń czy źle rozegranych dołków – i na bieżąco pracować nad poprawą. W golfie, podobnie jak w zarządzaniu firmą, ogromną rolę odgrywa kontrola emocji. To siła mentalna, a nie tylko fizyczność, decyduje o tym, czy robimy postęp. W biznesie jest podobnie: trzeba zaakceptować, że błędy się zdarzają, umieć je przeanalizować, zachować chłodną głowę i konsekwentnie się doskonalić.
G&R: Jako przedsiębiorca przeszedł Pan długą i wyboistą drogę. Jakie jest najważniejsze przesłanie, które chciałby Pan przekazać młodym biznesmenom będącym na początku tej ścieżki?
R.B.: Mam kilka zasad, które staram się przekazywać młodym przedsiębiorcom. Po pierwsze – ambicja. Warto myśleć o swoim biznesie w kategoriach: „Chcę zrobić coś, czego jeszcze nikt nie zrobił” – i nie bać się właśnie tego, że nikt wcześniej tego nie dokonał. Nawet jeśli się nie uda, ma się poczucie, że próbowało się przekroczyć granice. Po drugie – mądre podnoszenie poprzeczki. Na początku cel musi być osiągalny. Dopiero kiedy go zrealizujemy, podnosimy poprzeczkę wyżej. Zawieszenie jej od razu „ponad chmurami”, tak wysoko, że jej nie widzimy, bardzo często kończy się zniechęceniem zamiast motywacją. Po trzecie – ciężka praca. Nie spotkałem jeszcze przedsiębiorcy, który odniósł duży sukces bez ponadprzeciętnego zaangażowania. Sam, zakładając jako student swoją pierwszą firmę, pracowałem po 19–20 godzin na dobę. Skończyło się to gruźlicą z przemęczenia, nieregularnego jedzenia i braku snu. To był sygnał ostrzegawczy. Od tamtej pory pilnuję, żeby nie gubić impetu, ale też nie tracić tego, co najważniejsze – zdrowia i życia. I wreszcie – szczęście. To element, na który nie mamy wpływu, ale nie wolno go lekceważyć. Czasem właściwy moment i odrobina szczęścia potrafią „dorzucić” nawet ponad 50% do sukcesu. Możemy zrobić wszystko idealnie – a i tak swoje dopisze los.
G&R: Ekspansja InPostu w Europie przypomina rozgrywanie turnieju na kilku polach jednocześnie. Który rynek okazał się jak dotąd najtrudniejszym wyzwaniem?
R.B.: Każdy rynek jest inny i ma swoją specyfikę, ale dziś najwięcej wyzwań mamy bez wątpienia w Wielkiej Brytanii. To przede wszystkim integracja InPostu z dwiema przejętymi tam spółkami: Yodel i Menzies. Budujemy jeden wspólny organizm: jedno serce, jeden łańcuch dostaw, jednego dużego gracza na najważniejszym rynku e-commerce w Europie. Czasem przypomina to budowanie okrętu już w trakcie wychodzenia w morze. To jest dla mnie dziś kluczowe wyzwanie, jeśli naprawdę chcemy zostać graczem numer jeden w Europie.
G&R: Na paczkomatach za granicą pojawiła się ostatnio plakietka „From Poland with Love”. Czy i jak według Pana postrzeganie etykiety „Made in Poland” na świecie zmieniło się w ostatnich latach?
R.B.: Uważam, że polskie firmy z dumą i odwagą zaczynają szturmem zdobywać rynki zagraniczne. Coraz częściej widzimy polskie przedsiębiorstwa, które przejmują konkurentów w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech czy Hiszpanii. Będąc dziś dwudziestą gospodarką świata, mamy realną szansę, by odgrywać wiodącą rolę na europejskich rynkach. „From Poland with Love” na naszych paczkomatach nie jest ozdobnikiem – to symbol zmiany postrzegania Polski: z kraju „taniej siły roboczej” w kraj nowoczesnych, ambitnych i ekspansywnych firm. Z całego serca zachęcam polskich przedsiębiorców, żeby myśleli o sobie globalnie. „Made in Poland” naprawdę może być synonimem jakości, innowacji i skuteczności.
G&R: InPost od początku istnienia stawia na nowe technologie. Jaki kolejny game changer szykuje Pan w logistyce? Jaki wkład będzie miało w to AI?
R.B.: Sztuczna inteligencja – podobnie jak kiedyś Internet czy telefonia komórkowa – moim zdaniem całkowicie zmieni to, jak żyjemy: jak robimy zakupy, jak zdobywamy wiedzę, jak organizujemy swoje codzienne życie. W InPost AI nie jest wizją przyszłości, tylko teraźniejszością. Wykorzystujemy je praktycznie w każdym obszarze: od HR, przez Customer Care i operacje, po zakupy i sprzedaż. Nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów, ale mogę powiedzieć, że tylko w 2025 roku projekty oparte na sztucznej inteligencji dodały nam co najmniej 50 mln euro dodatkowego zysku EBITDA na poziomie całej grupy. W 2026 roku będzie tego jeszcze więcej. Jestem przekonany, że to właśnie AI będzie jednym z kluczowych game changerów w logistyce w nadchodzących latach.

G&R: Golf w Polsce od lat bardzo potrzebuje swojego pomysłu na promocję. Jak by się Pan do tego zabrał?
R.B.: Mam dość niepopularną odpowiedź: uważam, że golf nie potrzebuje promocji – golf potrzebuje infrastruktury. Liczba golfistów w Polsce rośnie lawinowo, ale znacznie trudniej jest o dostęp do driving range’ów i pól, na których można regularnie grać. Polskie pola, zwłaszcza te wokół dużych miast, są bardzo obciążone, szczególnie w weekendy. Dla porównania – Czesi mają około dziesięć razy więcej pól golfowych w przeliczeniu na każde 10 tysięcy golfistów. Jeśli chcemy, by golf się rozwijał, musimy budować więcej pól i miejsc do treningu. Reszta – promocja, moda, styl życia – przyjdzie sama.
G&R: Wraz z żoną bardzo aktywnie angażujecie się w działalność charytatywną. Czy Pana zdaniem duży biznes ma społeczny obowiązek wspierania potrzebujących? Które osiągnięcie charytatywne dało Panu dotychczas największą satysfakcję i dlaczego?
R.B.: Tak, głęboko wierzę, że biznes ma społeczny obowiązek wspierania potrzebujących i dzielenia się tym, co udało się osiągnąć. Nie każdy miał w życiu tyle szczęścia, determinacji czy możliwości edukacyjnych, żeby pójść ścieżką biznesu i odnieść sukces. Ci, którym się udało, powinni czuć za to odpowiedzialność. Ogromną satysfakcję daje mi to, że nasze największe przedsięwzięcie charytatywne – Wielka Gala Top Charity – w zaledwie cztery lata stało się największym wydarzeniem charytatywnym w Europie. W tym roku, w czerwcu, w ciągu 90 minut zebraliśmy ponad 14,5 mln euro na ponad 70 projektów pomocowych w ramach konsorcjum filantropijnego. Najważniejsze jest dla mnie to, że polski biznes pokazuje, iż potrafi się dzielić, dojrzale emocjonalnie reagować na potrzeby innych i angażować w inicjatywy służące społeczeństwu, a nie tylko samym przedsiębiorcom. Jeśli miałbym wskazać jedno osiągnięcie charytatywne, z którego jestem szczególnie dumny, to właśnie ta gala – i cała społeczność, która ją współtworzy.
G&R: Wspólnie z żoną już kolejny rok z rzędu wystawiacie Państwo na aukcjach WOŚP możliwość zagrania z Wami w golfa w Hiszpanii, osiągając rekordowe sumy. Jaka była geneza i kto wpadł na pomysł tej akcji?
R.B.: Poza własnymi projektami charytatywnymi bardzo chętnie wspieramy również inne inicjatywy, w tym Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Możliwość podarowania tego, co mamy najcenniejsze – naszego czasu – i spędzenia go, na nasz koszt, z osobami, które chcą dzielić się dobrem z WOŚP, daje nam ogromną radość. Wybraliśmy golfa w Hiszpanii, bo grono golfistów wśród ludzi biznesu szybko rośnie, a ci, którzy nie grali, często dzięki tym aukcjom… zaczynają. To dla nas podwójny powód do dumy: z jednej strony wspieramy ważny cel, a z drugiej – pomagamy komuś odkryć nową pasję.
G&R: InPost bardzo mocno wspiera sport i sportowców. Co jest kluczowym kryterium wyboru dyscyplin czy sportowców do współpracy? Czy sponsoring sportowy to głównie narzędzie wspierające rozpoznawalność marki i globalną ekspansję?
R.B.: Tak, wspieramy sport i sportowców, a sponsoring traktujemy jako jedno z ważnych narzędzi wyróżnienia się w naszej branży. Wierzę, że dobrze przemyślany, autentyczny sponsoring – taki, który jest pozytywnie odbierany przez społeczeństwo – potrafi znacząco wzmacniać markę, zwłaszcza na rynkach zagranicznych. Wybieramy dyscypliny i zawodników, którzy wzbudzają pozytywne emocje, są pracowici, wiarygodni, konsekwentni – i w naturalny sposób wpisują się w wartości InPostu. Dzięki temu sponsoring nie jest tylko logo na koszulce, ale realnym narzędziem budowania marki i wspierania ekspansji.
G&R: Oprócz wielkich klubów i wydarzeń sportowych, takich jak chociażby Tour de France, Newcastle United, Atlético Madryt, InPost wspiera indywidualnych sportowców. Który z tych dwóch modeli sponsoringu – duży klub vs indywidualny talent – jest Panu bliższy i dlaczego?
R.B.: Nie wskażę jednego modelu, który jest mi wyraźnie bliższy – one po prostu spełniają różne role. Zaczęliśmy od wspierania polskich lekkoatletów, bo były to dyscypliny wyjątkowo słabo traktowane przez sponsorów i związki. Tam widać bardzo wyraźnie, jak konkretne wsparcie przekłada się na rozwój sportowca. Z kolei współpraca z klubami takimi jak Newcastle United czy Atlético Madryt to świadoma decyzja biznesowa – chcemy wzmacniać markę InPost na kluczowych rynkach, łącząc się z klubami, które reprezentują podobne wartości: pracowitość, ambicję, walkę do końca. Traktuję te dwa modele jako dwa uzupełniające się filary – jeden bardzo osobisty i „ludzki”, drugi mocno wspierający globalną rozpoznawalność marki.

G&R: Czy w przyszłości zobaczymy logo InPost również na dużych międzynarodowych turniejach golfowych?
R.B.: Odpowiedź jest krótka: kto wie, może kiedyś… Nie wykluczam takiej możliwości. Jeśli uznamy, że to dobry kierunek dla marki, spójny ze strategią i wartościami, nic nie stoi na przeszkodzie, aby InPost pewnego dnia pojawił się także w świecie wielkiego golfa.
G&R: Czy na rundę golfową z Rafałem Brzoską trzeba umawiać się w Hiszpanii, czy w golfa grywa Pan także w Polsce?
R.B.: Szczerze mówiąc, najczęściej gram w golfa w Hiszpanii. W Polsce zdarza mi się grać dużo rzadziej, więc w praktyce najłatwiej umówić się ze mną właśnie tam. Mamy na Whats-Appie grupę golfistów, którzy – podobnie jak ja – często bywają w Hiszpanii. Umawiamy się spontanicznie na rundy w weekendy i łączymy pasję do golfa z krótkim resetem od bieżących obowiązków.
G&R: Każdy golfista z odpowiednimi zasobami prędzej czy później zaczyna marzyć o własnym polu golfowym. Czy takie myśli pojawiły się także w Pana głowie?
R.B.: Patrząc na brak pól golfowych w Polsce, takie myśli oczywiście pojawiały się u mnie nieraz. Z drugiej strony wiem, że byłoby to ogromne wyzwanie – finansowe i organizacyjne. Jestem bardzo przywiązany do robienia rzeczy na najwyższym poziomie. Gdybym miał budować pole golfowe, nie chciałbym iść na kompromisy między kosztem a jakością. To oznaczałoby konieczność poświęcenia ogromnej ilości czasu i środków. Dlatego na realizację takiego projektu prawdopodobnie trzeba będzie jeszcze poczekać. Dziś koncentruję się przede wszystkim na rozwoju biznesu i pomaganiu innym.
G&R: Jakim jest Pan golfistą? Jakie są Pana mocne i słabe strony w tym sporcie?
R.B.: Trudno oceniać samego siebie, ale myślę, że moją największą siłą w golfie jest upór i zaciętość. Jeśli coś mi nie wychodzi, nie odpuszczam – próbuję to poprawić. W ostatnim czasie zrobiłem duży postęp w grze driverem i puttowaniu – widzę poprawę zarówno w długości, jak i powtarzalności uderzeń oraz w grze na greenie. Z kolei słabszym elementem wciąż bywa krótka gra i wyjścia z bunkra. Doskonale wiem, że to obszary, nad którymi muszę mocno popracować w przyszłym sezonie – i mam je wysoko na swojej liście priorytetów.
G&R: Gra Pan dla przyjemności czy dla wyniku?
R.B.: Oczywiście, że CKiedy zaczynałem, moim marzeniem było zejście z handicapem do „jedynki z przodu” – nawet 19 wydawało mi się ambitnym celem. Dziś, przy handicapie 21,7 (bywał już niższy), marzę o tym, żeby grać stabilnie w przedziale 10–15. To jest poprzeczka, którą wyznaczam sobie na najbliższe lata.
G&R: Jakie pole golfowe jak dotąd zapadło Panu najbardziej w pamięć? A które pola są na Pana bucket list?
R.B.: Pięknych pól golfowych widziałem sporo i na wielu miałem przyjemność zagrać. Nie ma jednego jedynego „numeru jeden”, więc pozwolę sobie wymienić kilka, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Na pewno Links Alcaidesa w Nowej Andaluzji, zjawiskowe Lofoten Links na Lofotach w Norwegii – najbardziej na północ wysunięte pole na świecie – oraz szkockie klasyki: Kings i Queens w Gleneagles, Royal Troon czy Loch Lomond. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie także bardziej niszowe miejsca, jak Gassin Golf & Country Club niedaleko Saint-Tropez, dostępny tylko dla kilkunastu członków klubu, czy links Praia D’El Rey w Portugalii. Moim ukochanym polem jest jednak Old Course La Zagaleta – legendarne pole członkowskie, którego mam zaszczyt być członkiem. Położone malowniczo, z widokiem na Afrykę i Gibraltar, wymagające i piękne. To tam najchętniej zapraszam przyjaciół na rundę, kiedy jestem w Hiszpanii. Jeśli chodzi o bucket list, numerem jeden jest oczywiście Augusta National – miejsce, gdzie rozgrywany jest turniej Masters. To pole, na którym bardzo chciałbym kiedyś zagrać.
G&R: Jako golfista wie Pan już zapewne, że transport sprzętu bywa problematyczny. Czy jest szansa, by można było nadawać kije golfowe Paczkomatami?
R.B.: Niestety tutaj muszę rozczarować – Paczkomat nie może być miejscem odbioru kijów golfowych ze względu na głębokość i wymiary skrytek. Jako golfista bardzo tego żałuję, ale dziś takie są realia techniczne.
G&R: Grudzień to bardzo intensywny okres dla Pana branży. Czy w natłoku obowiązków znajdzie Pan chwilę na golfa?
R.B.: Niestety, moje serce trochę krwawi, ale pierwszy golf po intensywnym okresie świątecznym zagram pewnie dopiero około 6 stycznia. Grudzień w naszej branży jest ekstremalnie wymagający i trudno wygospodarować czas na rundę. Wszystkim golfistom, którzy mogą sobie pozwolić na grę w grudniu, życzę rewelacyjnych wyników i dużo radości z każdej rundy. Ja dołączę do nich chwilę później.
Rozmawiała Joanna Fischer





