Harleyem na pole
Redaktor naczelna magazynu "Golf&Roll" oraz strony internetowej czasopisma. Z pismem…
Ta scena z filmu Quantina Tarantino „Pulp Fiction” jest już zresztą jak sam film i wiele z jego scen kultowa. Jeden z bohaterów – bokser Butch – grany przez Bruce’a Willisa – rozmawia ze swoją dziewczyną Fabienne. „Czyj to motor”, pyta ona. On na to: „To nie motor, to harley, kotku”. I mimo że w oryginale nie pada słowo harley, ale chopper, przez to polskie, nie do końca dobre tłumaczenie, wielu tę scenę zapamiętało właśnie tak.
To prawdziwy fenomen. Chyba mało na świecie jest takich marek, do których klienci są przywiązani równie mocno. Harley – motocykl-legenda, obiekt westchnień tysięcy pasjonatów jednośladów na całym świecie. Czy to tylko dobrze wykreowana marka czy coś więcej„Harley to motor cieknący olejem, w którym często się coś psuje, przy którym stale trzeba coś robić, taka typowo męska zabawka”, mówi Henryk Konopka, jedyny znany mi do tej pory harleyowiec wśród polskich golfistów. „To jest całkiem coś innego jechać harleyem niż np. kabrioletem. Inne uczucie, inna kategoria. Tu się nikt nie ściga a największa przyjemność jazdy tkwi pomiędzy 90 a 110 km/h.”
„To nie ścigacze. W przeciwieństwie do nich to bezpieczne motocykle”, zapewniał mnie wcześniej Marcin Piotrowski, członek wrocławskiego klubu Gremium MC. Obaj moi rozmówcy są zgodni. W harleyu nie liczy się szybkość, ale sama jazda, delektowanie się otoczeniem, oderwanie od codzienności i co chyba najważniejsze, poczucie wyjątkowości, które motocykl ten daje. Chyba każdy z nas lubi je w sobie pielęgnować.
Kim jest przeciętny harleyowiec? Pewien obraz wyłania się, kiedy przejrzymy dane statystyczne firmy. Według tych informacji jeszcze w 1987 r. nabywcami maszyn tej marki byli głównie mężczyźni poniżej 35. roku życia. Teraz tylko kilkanaście procent klientów firmy, czyli tych, którzy kupują harleye w salonach, to ludzie w tym właśnie przedziale wiekowym. Już w 2005 r. średnia ta wynosiła 46. Henryk Konopka potwierdza te liczby. „W tej chwili, wydaje mi się, że harleye kupują ludzie powyżej 40 lat. Po pierwsze, młodzież woli jeździć na czymś szybszym, po drugie, kupując harleya, trzeba liczyć się z dużym kosztem. Motory te są często w cenie dobrego samochodu, dlatego stać na nie ludzi bardziej statecznych, którzy mają już jakąś pozycję”. Chyba nie jest to jednak do końca regułą. „U nas w klubie są różni ludzie – i młodzi, i starsi”, zapewniał mnie drugi rozmówca. „Chodzi bardziej o wyczucie pewnego klimatu, jednostki, które go nie czują, eliminują się same.”
Jedyny taki dźwięk
Konstrukcja harleya podobno mało zmieniała się na przestrzeni tych przeszło 105 lat, kiedy to dwóch pasjonatów jednośladów William S. Harley i jego przyjaciel z dzieciństwa Arthur Davidson w przydomowej komórce postanowiło wcielić swoje zamiłowanie w życie i skonstruowało cztery silniki, które później przyczepione zostały do zwykłej ramy rowerowej. Wśród harleyowców krąży anegdota, według której pierwszy gaźnik został wykonany z puszki po pomidorach. To właśnie w Stanach Zjednoczonych wszystko się zaczęło. Niespełna trzy lata później powstał już pierwszy model przeznaczony do sprzedaży, a wkrótce 50 maszyn o charakterystycznej nazwie Milczący Szary Towarzysz pojawiło się na amerykańskim rynku. Tak zaczęła się rodzić legenda, która miała z czasem zawojować wiele ludzkich serc. Do dzisiaj harleyowcy lubią nadawać swoim maszynom charakterystyczne nazwy dużo mówiące często o samych właścicielach. I mimo upływu tak wielu lat, harleye w swoim podstawowym kształcie pozostały niezmienione – wyróżnia je silnik o dwóch cylindrach ustawiony na kształt litery „V”, zwany widłakiem, zbiornik na paliwo przypominający odwróconą kroplę wody, błyszczące chromy. No i logo – znane chyba każdemu, nawet laikowi.
Wszystkie rozwiązania, tak charakterystyczne dla tej marki, pojawiły się podobno w przeciągu 30 lat od powstania firmy. W końcu dźwięk. „Harley ma charakterystyczny dźwięk silnika. Galopujący. Nie można go pomylić z żadnym innym. I te wolne obroty, słyszalne szczególnie w starszych modelach”, zachwyca się Kudłaty. Rzeczywiście, jak czytam, charakterystyczny klang harleyów został pewnie nie bez przyczyny zarejestrowany w amerykańskim urzędzie patentowym. Firma Harley Davidson Motor Company zadbała, aby te jedyne, jak zapewniają harleyowcy, brzmienie pozostało mimo upływu czasu niezmienione, inwestując grube miliony dolarów w laboratorium dźwięku. Basowy powolny warkot silnika to dla harleyowców chyba najpiękniejsza muzyka dla uszu. Nieporównywalna z żadną inną. Co dopiero, kiedy ta muzyka jest zwielokrotniona, tak jak podczas parady czy zlotu. Nie sposób się nie obejrzeć.
Ubrany od nowa
Harley to maszyna, którą nie tylko można, ale trzeba dopieszczać. „Cała przyjemność tkwi w ubieraniu harleya. Dla przykładu, drugie tyle, co w harleya, zainwestowałem we wszystkie te manetki, nikle, chromy”, mówi Henryk Konopka. „Sam harley, który wychodzi z fabryki, jest prosty, wręcz goły. To dodatki najwięcej kosztują. Ta rozpędzona machina działa wyjątkowo sprawnie.”„Są specjalne katalogi z komponentami, dzięki któremu możesz modyfikować swoją maszynę”, dodaje Kudłaty. „Harleya można poskładać też samemu z odrębnych części, a dla ludzi w klubach takich jak mój to jest nadal frajda.”
Teraz kupno harleya nie jest czymś nadzwyczajnym. W tym sensie, że nie rodzi większego problemu, chyba że ten finansowy. W autoryzowanych salonach dealerskich można bez problemu nabyć maszynę swoich marzeń. A jeszcze do niedawna trzeba było się bardziej postarać, gdyż dealerzy weszli oficjalnie na rynek polski w 2001 r. Wcześniej wielu pasjonatów albo miało kasę i sprowadzało harleye z zagranicy, albo nie miało jej zbyt wiele i radziło sobie, „odkopując” czasem jeszcze „wojenne” okazy. Stare harleye na silniku WLA to pierwsze maszyny tej marki, jakie w trakcie II wojny światowej za pośrednictwem Rosjan (armia radziecka dostała je w spadku od aliantów i Amerykanów) w dużej ilości pojawiły się w Polsce, a dokładnie w polskim wojsku. Wcześniejszych przedwojennych było dużo mniej i do naszych czasów zachowała się ich śladowa ilość. Potem maszyny te stały przez długie lata w przydomowych komórkach, piwnicach lub nadal służyły w polskiej armii lub np. straży pożarnej. „Jeszcze w latach 90. większość harleyów w Polsce to były właśnie WLA42. Można je było spotkać albo na wyprzedaży wojska, albo np. sprowadzić zza wschodniej granicy, np. z Ukrainy, gdzie wiele modeli przetrwało wojnę i lata stalinizmu”, opowiada Marcin Piotrowski. Te modele to teraz prawdziwy rarytas kolekcjonerski. To tych starych modeli z duszą poszukują teraz prawdziwi koneserzy.
Jeszcze do niedawna chodziło także o ceny. Znaczy chodzi do dziś, ale w mniejszym stopniu niż kiedyś. Przed kilku laty kupno nawet najmniejszego modelu harleya z rodziny Sportster to był nie byle jaki wydatek (70-80 tys zł). Obecnie u dealera można nabyć go już za 35 tys. Te większe modele, jak VRod, Electra, Spoftrail, kosztują siłą rzeczy więcej, bo w przypadku harleya doskonale sprawdza się formuła „im większy, tym lepszy”. Ceny za te cudeńka wahają się od 80 do 180 tys. złotych. Podobno o wiele taniej można takiego harleya sprowadzić ze Stanów. Oczywiście nowe błyszczące harleye prosto z taśmy produkcyjnej, szczególnie te, które są prawdziwymi limuzynami spośród rodziny harleyów (podgrzewane siedzenia, radio), to powód dumy swoich właścicieli. Bo harley mimo klasycznego wyglądu kryje w sobie najnowocześniejsze techniczne rozwiązania.
„Harley mój…”
Bohaterowie kultowego dla harleyowców filmu „Easy Rider” Denisa Hoppera przemierzają na swoich maszynach Amerykę w poszukiwaniu wolności, „Kiedy siedzę na maszynie, totalny czuję luz”, śpiewał Ryszard Riedel, wokalista grupy Dżem. Mit harleya jako motocykla, dzięki któremu można znaleźć wolność czy „wyleczyć się z kompleksów”, wyrósł jeszcze na przełomie lat 40. i 50. Po upadku konkurencyjnej Indiany, firma Harley Davidson Motor Company stała się niemal monopolistą a harleye szybko nazwano ikoną popkultury. Na motocyklach tej marki chętnie i często jeździły gwiazdy, takie jak Jimi Hendrix, Bob Dylan, Elvis Presley. Podobno wiele lat później na amerykańskim zlocie pojawił się szef Microsoftu Bill Gates. Przykładów takich można by mnożyć. Niewielu już jednak pamięta, że w latach 80. gigant o mało nie ogłosił bankructwa z powodu silnej konkurencji z Japonii. Do dzieła szybko jednak wzięli się marketingowcy firmy i na nowo odbudowali modę na harleya, skutecznie podtrzymywaną przez tysiące klubów harleyowych, zakładanych wszędzie tam, gdzie byli harleyowcy. „Ten, kto kupuje nowego harleya, od razu staje się członkiem HOG-u (Harley Owners Group). To jest zrzeszenie wszelkich harleyowców. W każdym kraju Europy, w każdym większym mieście, w którym jest większe skupisko harleyowców, powstaje odrębny HOG. Opłaca się składkę, dostaje się co roku emblematy klubowe. To upoważnia do zlotów typowo harleyowskich, które odbywają się na całym świecie”, mówi Henryk Konopka. Ale oprócz HOG-u, harleyowcy zrzeszeni są w setkach różnych innych klubów rozsianych po całym świecie. Te najstarsze liczą już 40 lat i, jak podkreśla dumnie Marcin Piotrowski, „nie dostaje się w nich członkostwa za sam zakup motocykla”.
Zloty harleyowe
Wokół nich narosły już legendy. Te najsłynniejsze przyciągają w różne części Europy czy Stanów tysiące pasjonatów motocykli. „Byłem już trzy razy w Faaker See w Austrii”, wspomina Henryk Konopka. „Tam co roku przyjeżdża 35-40 tys. motorów. Przy okazji odbywają się zawsze bardzo fajne koncerty, np. któregoś razu był Rolling Stones. Potem organizowane są dodatkowe wycieczki, np. do Słowenii, Włoch. Przepięknie jeździ się po tych górach. Coś wspaniałego. I atmosfera – niepowtarzalna nigdzie indziej. Podobna do tej z Daytony, w której byłem w 2003 czy 2004 r. na zlocie harleya w jego kolebce – Ameryce. Przyjechało gdzieś ze 500 tysięcy maszyn. Widać było tę ogromną masę. Coś niewyobrażalnego.” Są i polskie zloty, przyciągające wielu motocyklistów. Pole namiotowe, koncerty, konkurencje, wycieczki, dobre towarzystwo. Wolność?
„Czy ma pan jeszcze jakieś marzenie związane z harleyem?”, pytam na koniec rozmowy Henryka Konopkę. „Tak się zastanawiałem, żeby zabrać swojego harleya do Stanów Zjednoczonych, tak jak robi to dużo moich znajomych i je całe objechać. Może się to kiedyś uda. Odkąd gram w golfa tego czasu nie ma za wiele. Ale często biorę swoją maszynę i jadę na herbatkę do Sierry czy Postołowa. Tak dla relaksu.”
O harleyach opowiadali:
HENRYK KONOPKA
Golfista z handicapem, którego pozazdrościć mu mogłoby wielu, zwłaszcza że grać zaczął zaledwie 6 lat temu. W trakcie naszej rozmowy o harleyach wyszło na jaw jeszcze kilka jego innych pasji. Przez wiele lat z dużymi sukcesami radził sobie na kortach tenisowych (swego czasu zdobył nawet mistrzostwo amatorów) i gdyby nie kontuzje, „nie poszedłby sobie pewnie pospacerować po polu”. Już w latach 70. za namową kolegi zaczął polować i dzięki temu niemało świata zjeździł. Podobnie zresztą jak przez harleye. Kiedyś prowadził nawet klub harleyowy w Sopocie. „U mnie zaczęło się to kupę, kupę lat temu, gdzieś w latach 90. W Polsce jeszcze wtedy mało się słyszało o harleyach. Wcześniej dużo jeździłem do Stanów, gdzie mam rodzinę i tam miałem okazję zetknąć się z harleyowcami. Pewnego dnia sam pożyczyłem motor i pojechałem na Keywest. Swojego pierwszego harleya sprowadziłem z Niemiec, później w 2003 r. kupiłem tego, którego mam do dzisiaj. Jest to motor milenijny – Electra Glide, który w limitowanej wersji wyprodukowano na stulecie harleya, stąd ma on wszystkie urodzinowe emblematy.”
MARCIN PIOTROWSKI VEL „KUDŁATY”
Lat 28, pracuje w obrocie nieruchomościami. Tak na oko, harleyowiec z krwi i kości. Długie włosy, szelmowski uśmieszek, na spotkanie ze mną przychodzi w pełnym harleyowym rynsztunku, skórzane spodnie, kurtka; widać, że ubiera się tak na co dzień i nie jest z tych „niedzielnych kierowców”, których harleye, jak mówi, po 50 latach mają mniejszy przebieg niż jego po 2 sezonach. Do klientów podobno również nie jeździ w garniturze.
„Golf&Roll” nr 1/2010
fot. Harley Davidson





