Now Reading
Bubba – łza się w oku kręci

Bubba – łza się w oku kręci

Bubba Watson, odkąd wygrał w pierwszym turnieju wielkoszlemowym w sezonie, stał się jednym z najbardziej popularnych golfistów na świecie. O Bubbie pisaliśmy w zeszłym roku w „Golf&Rollu”, najwyższa zatem pora, by na fali „bubomanii” przypomnieć sylwetkę tego zawodnika.

Jeśli tylko wpadnie ci do głowy pomysł, żeby w zwolnionym tempie przeanalizować jego swing, szczególnie kiedy w akcji jest driver z ulubionym różowym shaftem, zastanów się dwa razy! Może okazać się bowiem, że będzie to niezwykle traumatyczne przeżycie, wprawiające w długotrwałe osłupienie i burzące wszystkie dotychczasowe wyobrażenia na temat … machania kijem. Pewnie pomyślisz też – jakim cudem ten facet w ogóle trafia w piłkę?!? Prawda jest taka, że nasz bohater nie tylko trafia w piłkę, ale robi to w dodatku piekielnie powtarzalnie, generując przy tym taką dziką ilość energii, która na dobrych kilka godzin mogłaby zasilić w prąd cały Nowy Jork !

Gwiazda z Bagdadu

Gerry Bubba Watson, pieszczotliwie zwany w naszej ojczyźnie „Babą” przyszedł na świat 5 listopada 1978 roku w małej miejscowości … Bagdad … na Florydzie. Miejsce narodzin naszego bohatera było raczej mało znane, do czasu kiedy znany z ciętego języka Jeremy Clarkson w prowadzonym przez siebie, niezwykle popularnym, brytyjskim programie motoryzacyjnym „Top Gear”, w typowym dla siebie stylu obśmiał nie tylko egzotyczną nazwę miejscowości, ale przy okazji samą mieścinę również. Wybuchła z tego wielka afera, ponieważ Ameryka poczuła się dotknięta niewybrednymi docinkami. Sprawa na szczęście nie zakończyła się konfliktem nuklearnym, ale sam program stracił zapewne kilka milionów fanów na „ziemi ognistej”. No cóż. Tak już jest, że Amerykanie lubują się w nadawaniu dziwnych nazw swoim miastom i miasteczkom, a Brytyjczycy uwielbiają wbijanie szpilek swoim dalekim krewnym zza oceanu przy każdej nadarzającej się okazji.

Oprócz nazwy rodzinnej miejscowości, pewne kontrowersje może wzbudzać również dość rzadkie drugie imię naszego bohatera . Sam Watson wyjaśnia całą sprawę tak: „Jakieś dziesięć sekund po tym jak przyszedłem na świat mój tata uważnie się mi przyjrzał i zadumał, a ponieważ byłem strasznie gruby i brzydki postanowił nazywać mnie – Bubbą”.

Nasz mały Bubba rozpoczął swoją przygodę z golfem od dość szczęśliwego zbiegu okoliczności. Kiedy leworęczny maluch zawitał ze swoim tatą do lokalnego klubu golfowego, pracujący tam również leworęczny trener, postanowił w geście „lewej” solidarności podarować mu kije. W tym celu obciął swojego starego puttera oraz dziewiątkę iron i dał je mikro Bubbie nieświadomy tego, że właśnie przyczynił się do narodzin przyszłej gwiazdy golfa.

Bubba jest przykładem niezwykle uzdolnionego i obdarzonego cudowną wyobraźnią samouka, którego na właściwe tory delikatnie naprowadzał własny tata. Jego wczesne treningi, od szóstego do około dwunastego roku życia, polegały głównie na niezmordowanym uderzaniu pustych, plastikowych piłek na podwórku pod domem. W latach szkolnych uczęszczał do szkół z dużymi tradycjami golfowymi. Milton High School, której jest absolwentem już wcześniej wypuściła w świat dwóch świetnych graczy PGA Tour. Byli to Boo Weekley i Heath Slocum. W czasie nauki w Faulkner State Community College Bubba grał na tyle dobrze, aby zdobyć prestiżowy tytuł Junior College All-American Golfer. Z kolei podczas swojej przygody na Uniwersytecie Georgia wygrał prestiżowy Chris Schenkel Intercollegiate Golf Tournament i był filarem drużyny „Buldogów”, która w 2000 roku zdobyła Mistrzostwo Konferencji Południowo – Wschodniej. Po tak obiecujących występach jako amator, mimo nieukończenia studiów, zdecydował, że zostanie zawodowcem. Minęło jednak sporo czasu, zanim porządnie wstrząsnął rankingami PGA Tour.

Po co komu trener?
Bubba Watson, jak sam z dumą przyznaje, nie potrzebuje trenera. Jego jedynym trenerem, a przynajmniej jedynym, którego słuchał, był ojciec – Gerry Watson – żołnierz Zielonych Beretów – jednostek specjalnych wojsk lądowych USA. To on nauczył syna gry, która później stała się sposobem na życie. Po wygraniu swojego pierwszego turnieju PGA, kiedy jasne stawało się, że ojciec toczy beznadziejną, przegraną kilka miesięcy później, batalię z rakiem gardła, wzruszony Bubba tłumaczył: „Mój tata nauczył mnie wszystkiego, co umiem. Nigdy w życiu nie byłem na lekcji golfa. Kiedy miałem sześć lat ojciec zabrał mnie na pole i powiedział tylko, że idzie poszukać piłki, a ja w tym czasie mam wziąć swoją dziewiątkę iron i po prostu rąbnąć nią prosto na fairway.”

W bardzo wielu wypowiedziach z rozbrajającą szczerością podkreśla, że nie potrzebuje opieki żadnego guru od swingu i wystrzega się tego jak diabeł święconej wody: „Jako 10, 12-letni dzieciak marzysz tylko o profesjonalnym golfie. Jednak, kiedy dostaniesz się do szkoły wyższej, a potem na uniwersytet, zaczynasz myśleć o trenerach i analizowaniu swingu. Zapominasz , że to nie jest to, co tutaj cię przywiodło. Trafiłeś tu bo byłeś dobrym graczem i dlatego zainteresował się tobą trener z uniwersytetu. Skoro jako dziecko wygrywałeś turnieje i nie potrzebowałeś żadnej pomocy, dlaczego potrzebujesz jej jako dorosły? ”Jego niechęć do trenerów widoczna była szczególnie w czasie gry w drużynie Uniwersytetu Georgia. Najwyraźniej Bubba i prowadzący wówczas drużynę „Buldogów” – Chris Haack nie przypadli sobie do gustu. „On nie lubił tego, w jaki sposób grałem w golfa. Nazywałem go panem Haack ponieważ nie uznawałem go za mojego trenera”.

Bubba nie tylko uważa, że on sam nie potrzebuje trenera. Twierdzi, że podobnie jak on , nie potrzebuje go też większość jego kolegów po fachu, w tym będący cieniem siebie sprzed kilku lat – Tiger Woods. Bubba wyjaśniał to ze swoim typowym, lekko surrealistycznym poczuciem humoru: „Przyjaźnię się z Seanem Foley’em, Hankiem Hayney’em, Butchem … ale nie proszę ich o radę… Myślę, że Tiger poszedł złą drogą. Teraz już zupełnie oszalał na punkcie poprawiania swojego swingu, a powinien po prostu grać w golfa! Przecież kiedyś grał całkiem przyzwoite strzały, a w latach 1997 i 2000 nawet nieźle sobie radził. Wygrał Masters z około czterdziestoma ośmioma strzałami przewagi … Nie jest dobrze, kiedy gracze radzą się innych w sprawie swojego swingu. Myślę, że robią wtedy krok do tyłu. Mam więc nadzieję , że wszyscy będą mieli trenerów”.

Długi i romantyczny
„Bubba” w cudowny sposób łączy w sobie dwie sprzeczności. Z jednej strony jest bombardierem-terminatorem, bezlitośnie mordującym przy pomocy nieokiełznanej mocy i 7.5 stopniowego drivera każdą piłkę napotkaną na swojej drodze. Z drugiej zaś strony to najbardziej wrażliwa i delikatna istota, stąpająca kiedykolwiek po soczystych fairwayach PGA Tour, potrafiąca grać cudownie delikatne strzały wokół greenu i płakać jak bóbr przy każdej nadarzającej się okazji.
Jego brutalna moc staje się ewidentna, kiedy zaglądniemy w statystyki „długouderzalności”, gdzie trzykrotnie z rzędu zajmował pierwszą pozycję, począwszy już od 2006 roku – swojego pierwszego sezonu w PGA Tour . Jego średniej długości drive liczył wówczas niemal 290 metrów, ale potrafił też zagrać znacznie dalej! Najdłuższy drive, który zagrał w PGA Tour to mrożące krew w żyłach … 375 metrów, podczas Sony Open w 2010 roku! Po trzech latach dominacji absolutnej zamienił pierwszą pozycję w statystykach na miejsce drugie, które okupuje aż do dnia dzisiejszego.

Jego wrażliwość i delikatność objawia się szczególnie w jeden sposób. „Baba”, jak to baba najzwyczajniej lubi sobie popłakać. Może się rozpłakać praktycznie w każdej chwili: kiedy jest szczęśliwy , kiedy jest nieszczęśliwy, kiedy wygra turniej, kiedy o włos go przegra, podczas konferencji prasowej lub w czasie wręczenia nagród … Zawsze może się to wydarzyć ! Jak sam opisuje: „ Jestem bardzo emocjonalnym facetem. Ciągle płaczę. Kiedy pójdę w niedzielę do kościoła, płaczę w kościele. Nie byłem nawet w stanie wydusić z siebie sakramentalnego TAK, podczas własnego ślubu ! Zdenerwowany pastor szepnął tylko: „Jakoś musisz z siebie to wykrztusić. Nie wystarczy tylko skinąć głową ” Jego słodka łatwość do wzruszania się kontrastuje z jeszcze inną cechą, za którą jest wręcz uwielbiany. Niezwykłe poczucie humoru sprawia, że wszystkie wywiady i konferencje prasowe są prawdziwą ucztą dla dziennikarzy, ubarwioną cudowną huśtawką nastrojów głównego bohatera, który potrafi przejść płynnie ze stanu kompletnego rozklejenia w brawurowo dowcipną ripostę.

Pupil ubezepieczycieli
Swoją karierę zawodową rozpoczął w 2003 roku od gry w Nationwide Tour, skąd dzięki uplasowaniu się w sezonie 2005 na 21. miejscu, gładko i z pominięciem horroru w postaci Q- School, awansował do PGA Tour. Swoje występy na tej golfowej „ziemi obiecanej” zainaugurował od prawdziwego przytupu – czwartego miejsca w Sony Open , a już miesiąc później poprawił swój debiut trzecią pozycją w Chrysler Classic at Tuscon. Rok później, w 2007 roku, zabłysnął piątą pozycją w US Open. Później jego kariera toczyła się raczej przeciętnie – wystarczająco, aby utrzymać się w lidze, ale z pewnością kończenie sezonów w okolicach pięćdziesiątego miejsca w rankingu było zdecydowanie poniżej oczekiwań. Wszystko zmieniło się pod koniec czerwca 2010 roku podczas Travelers Championship. Po najbardziej spektakularnym pościgu od czasu pamiętnej wygranej w 2007 roku Padraiga Harringtona British Open, Watson wyrównał rekord Paddiego, odrobił sześć strzałów deficytu z początku dnia i cudem wbił się do dość kuriozalnej dogrywki. Jego przeciwnikami byli nieustannie trapionym kontuzjami nadgarstka weteran Scott Verplank i Corey Pavin – również nienajmłodszy – 50-letni kapitan amerykańskiej drużyny Ryder Cup, który urwał się z Champions Tour, żeby bliżej poznać się ze swoimi przyszłymi podopiecznymi z drużyny. To co szczególnie dodawało kolorytu tej dogrywce to zestawienie nieokiełznanej „długości” Bubby z porażającą „krótkością” Pavina – uważanego powszechnie za najkrócej uderzającego zawodnika w historii męskiego golfa zawodowego, jaki kiedykolwiek stąpał po błękitnej planecie. Amatorzy ekstremalnych widowisk oczywiście się nie zawiedli. Watson zagrał typowy dla siebie pocisk międzykontynentalny, przebijając Pavina o … 91 metrów. Dołek dalej Bubba w typowy dla siebie sposób mógł cieszyć się ze swojej pierwszej wygranej w PGA Tour.

Od tamtych wydarzeń obserwujemy już innego gracza. Miesiąc później dotarł do niestety przegranej dogrywki z Martinem Kaymerem podczas US PGA Championships. W tym roku natomiast ma już na swoim koncie aż dwie wygrane – w styczniu podczas Farmers Insurance Open i w maju w Zurrich Classic. Po swoim trzecim wygranym turnieju, tak jak dwa pierwsze, posiadającym jako sponsora tytularnego firmę ubezpieczeniową, oprócz nieodłącznych łez wzruszenia nie obyło się też bez brawurowego komentarza: „Teraz musimy wypróbować czegoś innego. Może coś co kończy się wyrazem Championship. Co powiecie na PGA Championship, Wells Fargo Championship, Players Championship? To byłaby ładna seria ”

Tamta seria jednak nie okazała się tak pomyślna, a na PGA Championship musimy zaczekać aż do połowy sierpnia. Ale co tam! Pal sześć Champioship! Teraz słowo klucz to Open. Wielkimi krokami zbliża się przecież US Open, a później The Open i coś mi podpowiada, że mamy dużą duża szansa na zobaczenie ich niezwykle wzruszającego, okraszonego kilkoma uronionymi łzami zakończenia.

„Golf&Roll” nr 2(5)/2011

Brak komentarzy (0)

Napisz komentarz

© 2025 Magazyn golfowy GOLF&ROLL, wydawca: NO81 Sp. z o.o., z siedzibą w/przy: ul.  Kazimierza Górskiego 1/416, 81-304 Gdynia