Mike O’Brien: Wyluzujcie! Wywiad z wieloletnim trenerem polskiej kadry narodowej
Dziennikarka, podróżniczka, była PR Manager w Polskim Związku Golfa, początkująca…
Gdy przyjechał z Londynu nad Wisłę, zaczął od tworzenia programów szkoleniowych dla PGA Polska. Później został trenerem kadry narodowej, którą prowadził przez ostatnie 14 lat. I gdy głodni kolejnych zwycięstw rodzice, pytają, jak szkolić juniorów, Mike O’Brien apeluje: „Wyluzujcie!”
Byłeś zawodowym graczem z Londynu, poznałeś dziewczynę z Polski, w 1997 r. przyjechałeś odwiedzić ją w ojczystym kraju i… zostałeś na lata.
Jeden z powodów, dla których tyle lat wytrzymałem w Polsce (a może to Polska tyle wytrzymała ze mną), to fakt, że tutaj wciąż czekały mnie nowe wyzwania. Mogłem wrócić do Londynu i zostać trenerem w klubie, ale ta praca była bardzo monotonna i, szczególnie zimą, miałem dość naprawiania drewnianych woodów i sprzedawania batoników w pro-shopie. W Polsce w tym czasie mogłem tworzyć właściwie od zera program szkolenia dla PGA Polska czy plan rozwoju kadry narodowej…
Przypomnij, jak dokładnie zaczęła się twoja przygoda z Polską.
Gdy przyjechałem odwiedzić dziewczynę, to ona poznała mnie z koleżanką, córką Andrzeja – ówczesnego sekretarza PZG. Wracałem już do Londynu, ale kilka godzin przez odlotem zapoznano mnie z prezesem związku Andrzejem Personem i Markiem Sokołowskim, który stał wtedy na czele PGA. Dostałem propozycję pracy, ale musiałem wrócić do siebie, do Anglii. Jednak mały rynek golfa w Polsce był wyzwaniem, jakiego chciałem się podjąć. Po przyjeździe tutaj przez parę miesięcy byłem związany z Postołowem, potem z First Warsaw. Podczas wyborów nowego prezesa PGA (został nim Marek Podstolski) zgłosiłem chęć zajmowania się szkoleniem trenerów, co początkowo oznaczało wdrażanie znanego mi z Wielkiej Brytanii systemu na polskie warunki. Potem prezes PZG Piotr Mondalski poprosił mnie o przygotowanie programu dla kadry, na podstawie którego head pro na danym polu mógłby prowadzić zajęcia. I tak przez dwa lata wraz z Marketą Stelmasiak prowadziliśmy trzydniowe konsultacje na różnych polach w całej Polsce. Po 2 latach zdecydowałem jednak, że albo poświęcę się pracy z kadrą na sto procent, albo nic z tego nie będzie. Tak zacząłem etatową pracę w PZG przy współpracy m.in. z drugim trenerem kadry Filipem Naglakiem.

Czy język polski był dla Ciebie dużym wyzwaniem?
Nigdy nie stanowił problemu, mimo że nie przywiązywałem do nauki wiele uwagi. Wchodził do głowy naturalnie, nie siedziałem nad książkami z gramatyką. Powiększałem zasób słów, ale było mi wszystko jedno, czy je poprawnie odmieniam, czy nie. Ważne, że mnie rozumiano i że ja rozumiałem coraz więcej. Chociaż bywało śmiesznie, jak chociażby wtedy, gdy wchodziłem do sklepu spożywczego, ale nie takiego samoobsługowego. Dziewczyna wysłała mnie po jogurt naturalny, a wracałem z kefirem, bo to słowo było łatwiejsze do wymówienia…
Z końcem 2017 r., po 14 latach, zakończyłeś pracę z kadrą narodową. Te kilkanaście lat temu…
Mieliśmy problem ze skompletowaniem reprezentacji. Dla mnie, jako trenera kadry, zawsze istotne było, co dzieje się na poziomie nauczania w klubach, a lata temu nie było w ogóle takiego szkolenia. Nie było także odpowiednich finansów ani budżetu, aby przygotować szkolenie dokładnie tak, jak chcieliśmy. Zawsze staliśmy przed wyborem, czy przeznaczyć środki na organizację zgrupowań czy starty. Przeważnie wybieraliśmy zgrupowania w okresie przygotowawczym oraz starty w sezonie, wychodząc z założenia, że każdy turniej na poziomie międzynarodowym da dużo więcej juniorom niż tydzień szkolenia latem. Będąc na takich zawodach z graczami, wyciągałem dużo informacji o ich rozwoju. To pomagało mi później odpowiednio ukierunkować ich trening.
I pewnie okazywało się, że juniorzy, którzy na poziomie krajowym prezentowali się świetnie, na turnieju międzynarodowym wypadali raczej blado..
Nie do końca określiłbym to w ten sposób, ale oczywiście czasami nasi zawodnicy zajmowali ostatnie miejsca, bo realnie nie mieli szans na wyższe lokaty. Ale moją rolą, rolą trenerów klubowych i rodziców jest wspieranie takiego młodego człowieka. Dziecko nie może wrócić z turnieju załamane. To naszym zadaniem jest nauczyć młodego golfistę, jak wyciągać wnioski z każdego, czasami trudnego doświadczenia. Musi on rozumieć, że zagraniczne pole, na jakim przyszło mu grać, najprawdopodobniej będzie dużo trudniejsze niż każde krajowe. U nas zbyt często turnieje mistrzowskie rozgrywane są z krótkich tee, bez roughu, na krótkich polach. Zagraniczne obiekty na czas turniejów okazują się dużo trudniejsze.
Które momenty pracy z kadrą wspominasz najmilej?
Kiedy zdecydowałem się zakończyć współpracę z kadrą, to wiadomości, jakie otrzymałem, były bardzo miłe. Kiedy po tylu latach pracy, czytasz takie słowa, to wiesz, że warto było pracować. Najmilej wspominam jednak sukcesy naszych zawodników, takie jak chociażby awans drużyny z drugiej do pierwszej dywizji czy sukcesy indywidualne. Na pewno najwięcej emocji przyniósł bardzo udany debiut reprezentacji w mistrzostwach świata w 2012 r. w Turcji, potem świetny występ na MŚ Japonii i ostatni rewelacyjny występ ma MŚ 2016 w Meksyku. Polski zespół w składzie Adrian Meronk, Mateusz Gradecki i Jakub Dymecki zajął 8. miejsce, a w klasyfikacji indywidualnej Meronk, dla którego był to ostatni amatorski turniej, był trzeci. Ale poza tym wszystkim wspaniale było obserwować rozwój zawodniczy naszych kadrowiczów. Pamiętam, jak Adrian Meronk i Mateusz Gradecki po raz pierwszy wyjechali z Polski na turniej z kadrą, jak stawali się coraz pewniejsi i zajmowali coraz lepsze lokaty w turniejach zagranicznych. Pamiętam pierwsze sukcesy, medale, zwycięstwa. Cieszę się ogromnie, że idzie im teraz tak dobrze i że mogłem w jakimś stopniu mieć na to wpływ.

A momenty najtrudniejsze?
Wymazałem je z pamięci. Ważne, że najbardziej nieprzyjemne sytuacje nigdy nie były związane z dzieciakami. Raczej dotyczyły trudnych wyborów. Będąc trenerem kadry, mimo jasnego systemu kwalifikacji, musisz czasem podejmować decyzje o składzie drużyny. A gdy mamy grać zespołowo, poza poziomem gry, ważna jest np. umiejętność współpracy z kolegami. Zawsze wraz z Filipem Naglakiem podejmowaliśmy możliwie najbardziej profesjonalne decyzje. Nigdy nie były one skierowane przeciw jakiemuś dziecku. Oprócz może jednorazowego przypadku, zawodnicy to rozumieli, „brali na klatę” i starali się być coraz lepsi, aby następnym razem dostać się do drużyny. Tyle, że niektórzy rodzice angażowali się zbyt emocjonalnie, odbierając pewne decyzje personalnie. Tymczasem każdy nasz wybór był przedstawiany zarządowi PZG wraz z dokumentami, analizami itd. Zatem najcięższe momenty związane były z zarzutami rodziców, co bolało, gdyż od samego początku robiliśmy wszystko, aby zawodnicy się rozwijali.
Czyli poznałeś już syndrom „klubu szalonego rodzica”?
Oczywiście. Ostatnio obserwowałem, jak na 9-dołkowej rywalizacji 10-latków zachowywali się rodzice. Nie wiadomo było, kto gra, bo to tatusiowie czytali greeny, mówili dzieciom, jak i czym grać, jak się ustawiać. Nie dawali swoim pociechom szans na najmniejszy błąd. Zrób to, zrób tamto, a i pamiętaj… nie udzerz do wody! Rodzice: wyluzujcie! Zostańcie przy torbie, pozwólcie dzieciom grać, pozwólcie im uczyć się na własnych błędach! Niestety, częściej słuchałem, kiedy rodzice mówili dzieciom, co te zrobiły źle, i byłem jedynym, który bił brawa, widząc udane zagrania. Tymczasem w tym wieku gra w golfa powinna być przede wszystkim zabawą. Niestety, niektóre dzieci nie chcą brać udziału w turniejach, ponieważ obawiają się, że kiedy źle zagrają, to rodzic będzie na nie zły.
Jeśli rodzic marzy o międzynarodowej karierze swojego dziecka…
To wpadł w pułapkę. Bo kto ma mieć radość z uprawiania sportu? Rodzic czy dziecko? To tylko moje zdanie, ale nie sądzę, że dziecko powinno mieć swoją stronę internetową czy fanpage na Facebooku, przedstawiające je jako świetnego gracza na poziomie polskim. Ono ma mieć przede wszystkim zabawę ze sportu! Co robią maluchy na polu golfowym, kiedy są same w grupie bez rodziców? Biegają, bawią się. Trening, nawet ukierunkowany, powinien promować naukę przez zabawę. Na wszystko przyjdzie czas. Rodzice czasem chcieliby wszystko naraz. Pytają, dlaczego syn/córka po zajęciach nie rozumie jakiejś techniki. Nie rozumie fizyki czy biomechaniki, bo ma 8 lat! I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Rodzice: nie inwestujcie tylko w golfa! Nawet, jeśli maluch jest zafascynowany tym sportem, to odradzam wczesną specjalizację. Po pierwsze wcale nie ma gwarancji, że wychowacie w ten sposób mistrza, a po drugie – i to ważniejsze – dla prawidłowego rozwoju układu mięśniowego dziecka niezbędny jest wszechstronny, aktywny wypoczynek. Kontakt z innymi dyscyplinami będzie dla młodego człowieka plusem, będzie wszechstronnie rozwijać go ruchowo. I nie nastawi dziecka na „golf albo nic innego”. A jeśli rzeczywiście golf stanie się jego największą pasją, to spokojnie, od 15. roku życia można wdrażać już ukierunkowany trening. Tylko pamiętajcie: sport zawodowy nie jest dla wszystkich. Można grać na wysokim poziomie, można jeździć z klubem na zawody, wciąż czerpiąc radość z rekreacyjnego grania.
Mike O’Brien – urodzony w Londynie. W Polsce od 1995 r. Instruktor sportu o specjalności golf, a także Fully Qualified PGA Golf Professional, TPI Certified Junior Coach, TPI Certified Golf Fitness Coach. W 2007 r. uhonorowany tytułem 5 Star Professional, przyznawanym przez PGA’S of Europe dla osób zasłużonych dla rozwoju golfa i organizacji Professional Golfers Association. Siedmiokrotny zwycięzca PGA Polska Order of Merit. Certified TPI. Twórca systemu szkoleniowego PGA Polska, a także Head of Training PGA Polska oraz członek zarządu PGA Polska. Podczas prawie 15 lat pracy na stanowisku trenera kadry narodowej wywalczył z polską ekipą m.in. awans do pierwszej dywizji Drużynowych Mistrzostw Europy Mężczyzn (2014), 3. miejsce w III The European Olympics Hopes Trophy, w mistrzostwach świata w 2016 w Meksyku 8. miejsce w klasyfikacji drużynowej i 3. miejsce w klasyfikacji indywidualnej oraz w zeszłym roku srebro dla golfistek w European Ladies’ Team Shield Championship 2017. W maju został uhonorowany ministerialną brązową odznaką „Za Zasługi dla Sportu”. Obecnie head pro w KG
Lisia Polana.
Tekst: Anna Kalinowska, fot. Strzały na fairwayu





