Dziennikarz sportowy w przeszłości związany ze Sport.pl, gdzie prowadził rubryki…
Gra „Pokemon Go” w niespełna miesiąc stała się ogólnoświatowym hitem. Wiele miejsc używa aplikacji jako wabika na klientów. Na polu w stanie Indiana mieli już jednak tego po dziurki w nosie i zakazali Pokemonów.
Jeśli ktoś przegapił do tej pory szaleństwo zawiązane z „Pokemon Go”, to śpieszymy z wyjaśnieniem. Firma Nintendo odkurzyła swoją starą grę, w której zbiera się stworki (Pokemony), rozwija je, walczy nimi z innymi graczami i przeniosła ją na ekrany smartfonów. Gra osadzona jest w pseudowirtualnej rzeczywistości, a gracz ma możliwość „łapania” Pokemonów przy użyciu kamerki na swoim telefonie. Aplikacja wykorzystuje lokalizację GPS i stworków możemy szukać wszędzie.
Właściciele barów, restauracji czy kawiarni zaczęli kusić klientów tym, że w ich obiektach można złapać wyjątkowe stworki. Szaleństwo nie ominęło pół golfowych, po taki zabieg marketingowy sięgnęła podwarszawska Lisia Polana.
Ale nie wszyscy są zachwyceni ludźmi wpatrzonymi w ekrany swoich telefonów i wędrującymi w poszukiwaniu Pokemonów. Pole golfowe Sahm Golf Course pod Indianapolis początkowo chciało zorganizować specjalne wydarzenie dla grających w Pokemon Go i pozwolić im łapać stworki, ale potem się z tego wycofało i zakazało u siebie tej gry.
„Jesteśmy polem golfowym, a nie polem do łapania pokemonów. Nie musimy się troszczyć o nikogo innego, poza golfistami. Nasze pole jest wolne od Pokemonów. Golfiści powinni czuć się u nas komfortowo” – napisano w oświadczeniu. Co więcej, zagrożono grającym w Pokemony interwencją policji.





