Teraz czytasz
Olimpijska ścieżka Mateusza Kusznierewicza

Olimpijska ścieżka Mateusza Kusznierewicza

Sportowiec, olimpijczyk… golfista. O idei olimpijskiej, dumie z faktu reprezentowania swojego raju, życiu w olimpijskiej wiosce i szansach popularyzacji golfa rozmawiamy z dwukrotnym medalistą olimpijskim Mateuszem Kusznierewiczem.

G&R: Brałeś udział w pięciu igrzyskach olimpijskich. Czy któreś mają dla Ciebie największe znaczenie?

Mateusz Kusznierewicz: Igrzyska to fantastyczne i wielkie święto sportu, a każdy występ na nich był dla mnie inną historią. Już za pierwszym razem byłem zachwycony. Najbardziej niesamowity jest fakt, że impreza odbywa się co 4 lata, za każdym razem w innym miejscu. Nawet jeśli wraca do jakiegoś miasta, to po tylu latach nie jest ono tym samym miejscem, co kiedyś. Dlatego każde igrzyska to osobny rozdział historii. Moje wspomnienia z igrzysk wiążą się nie tylko ze sportem, ale również z osobami, które wtedy spotkałem czy poznałem, a także z tym, co zobaczyłem. Każde inaczej smakowały, inaczej je przeżywałem. Na pewno szczególne miejsce w mojej pamięci ma Atlanta, bo była dla mnie „złota”. Niezwykle podobały mi się również igrzyska w Sydney, choć doznałem tam osobistej wielkiej porażki, zajmując 4. miejsce. Żeglowaliśmy koło słynnej Opery, w samym centrum miasta, które bardzo mi się podoba. Ludzie byli bardzo przyjaźnie nastawieni, oddani sportowcom. Z wioski olimpijskiej do mariny pływaliśmy promem-tramwajem wodnym. To bardzo urokliwe wspomnienie.

G&R: Co czuje osoba, która odbiera olimpijski złoty medal, słyszy hymn na najważniejszych zawodach świata?

M. K.: Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu przeżywałem podobne chwile, co w momencie, gdy zdobywałem złoto. Może jedynie przy narodzinach dziecka. To jest wulkan emocji, ekstaza radości, to jest niesamowita duma i nie do opanowania emocje, w głowie i w sercu. Chciałoby się jeszcze bardziej cieszyć, ale już serce, głowa, usta, wszystkie mięśnie ciała na to nie pozwalają. To wielka ulga i nagroda za cały ten czas, jaki poświęcasz na sport. To więcej niż kropka nad „i”.

G&R: Czy po złotym medalu olimpijskim życie się zmienia?

M.K.: Diametralnie. Mój świat odwrócił się o 180 stopni. Jest radość, celebracja sukcesu, duma rodziny, ale i fakt, że tydzień po igrzyskach poznałem z setkę osób, których normalnie pewnie nie miałbym szans poznać. Spotkanie premierem, prezydentem, różne wywiady, szum medialny, szum w głowie, gdyż stajesz się nagle rozpoznawalny. To wszystko staje się twoim udziałem.

G&R: Ile czasu zajmuje dojście do formy olimpijskiej?

M.K.: Najważniejsze jest wyznaczenie sobie celu. Już po Barcelonie (1992 r.) postawiłem sobie za cel, aby zakwalifikować się do kolejnych igrzysk i reprezentować Polskę. Zaraz po Atlancie (1996 r.) wiedziałem, że kolejnym celem jest start w Sydney w 2000 r. Więc te cztery lata pomiędzy igrzyskami to proces, w którym systematycznie rozwijasz się, małymi krokami. Niezliczone treningi, doskonalenie techniki, starty od mistrzostw Europy przez mistrzostwa świata. Bezpośrednie przygotowanie do danych igrzysk trwa około roku. To wtedy zaczynają się nominacje olimpijskie, trwa walka. Dla żeglarzy ważne jest wtedy, aby poznać akwen, na którym rozgrywane będą igrzyska, bo pod ten akwen trzeba przygotować łódkę – kształt żagla, itp. Na samą kondycję fizyczną pracuje się około siedem miesięcy przed igrzyskami, budując ją odpowiednio, aby miała „dołek” na dwa miesiące przed igrzyskami, a by jej szczyt formy przypadł na zawody. Dla mnie ważne było, aby poznać przeciwników. Chociaż w żeglarstwie nie walczymy z konkurencją bezpośrednio, to jednak zawsze starałem się poznać psychologiczne profile moich rywali, aby wiedzieć, co na kogo działa i w jaki sposób można to wykorzystać.

G&R: Jaka jest różnica pomiędzy najważniejszymi regatami a igrzyskami olimpijskimi?

M.K.: Różnica jest olbrzymia. Igrzyska są zupełnie innymi zawodami. Niby ten sam start, ta sama meta, również dziesięć wyścigów, ale to nie są zwykłe regaty. Zaczyna się od nominacji olimpijskiej, potem jest odbiór strojów reprezentacji. Gdy dostaje się cztery duże torby wypchane ubraniami z orzełkiem na piersi, to chyba nie ma osoby, na której nie zrobiłoby to wrażenia. Potem jest ślubowanie olimpijskie, media nie odstępują cię na krok – przy żadnej innej imprezie nie ma takiego zainteresowania jak podczas igrzysk. To jest obłęd. Później już sam wyjazd i fakt, że w wiosce spotykamy się z gwiazdami wszystkich sportów. Poczucie bezpieczeństwa, troskliwa opieka nad zawodnikami – to także bardzo wyróżnia na tle innych imprez.

G&R: Kiedy pomyślałeś pierwszy raz: „Będę olimpijczykiem…”?

M.K.: Dosyć późno. Zacząłem żeglować w wieku 9 lat, wówczas interesowałam się znanymi żeglarzami, ale pierwszy raz zacząłem marzyć o igrzyskach w wieku 15 lat.

G&R: Igrzyska w Londynie były twoimi ostatnimi – nie jest Ci żal?

M.K.: Nie. Mam wspaniałe życie, przede wszystkim rodzinne. Nie mógłbym sobie na nie pozwolić, przygotowując się do kolejnych igrzysk. Wyczynowy sportowiec spędza około 300 dni w roku poza domem. Po zakończeniu kariery dostałem drugie życie. Pierwszy raz w swoim życiu obejrzę igrzyska w telewizji. Już byłem u lekarza, aby się na taką sytuację przygotować… (śmiech).

G&R: Czy golf Twoim zdaniem powinien mieć swoje miejsce w programie igrzysk? M. K.: Sam jestem ciekawy, jak zostanie pokazany turniej golfowy. Na pewno obejrzę wszystkie rundy. Chciałbym zobaczyć to na żywo. Nie sądzę, że golf na igrzyskach będzie w stanie rywalizować pod względem popularności np. z lekkoatletyką. Będzie raczej jak tenis i koszykówka, czyli nie osiągnie efektu „wow”, takiego jak turnieje wielkoszlemowe. Igrzyska będą dla golfa tym, czym są igrzyska dla tenisistów. Golf do tej pory był trochę odseparowany od normalnego świata sportu, trochę niedostępny. Teraz golfiści staną obok pływaków, lekkoatletów na ceremonii otwarcia i to będzie piękne. Powiedzmy, że Phil Mickelson zdobędzie złoty medal olimpijski… Jestem pewien jego wypowiedzi. Będzie wzruszony, powie, że o tym marzył. Tak, jak powiedział to Federer czy Michael Jordan, którym niby ten medal był zupełnie zbędny do szczęścia. Z pewnością powie, że to jest jedna z jego ważniejszych nagród sportowych w jego karierze. Sam turniej natomiast będzie podobny do innych turniejów najważniejszych lig świata.

ZOBACZ NASZĄ GALERIĘ Z OLIMPIJCZYKAMI

Mateusz KusznierewiczŻeglarz sportowy. Dwukrotny medalista olimpijski, dwukrotny indywidualny mistrz świata w klasie Finn oraz mistrz świata w klasie Star. Swoją karierę sportową związał z że­glarstwem regatowym. Reprezentował Polskę na pięciu igrzyskach olimpijskich. Zdobył pierwszy w historii polskiego żeglarstwa medal olimpijski. Do jego największych sukcesów zaliczyć można: zdobycie złote­go i brązowego medalu olimpijskiego, trzy tytuły mistrza świata, cztery mistrza Europy. Przez 19 lat był człon­kiem kadry olimpijskiej Polskiego Związku Żeglarskiego. Pod koniec 2004 r. został uhonorowany tytułem „Żeglarza wszech czasów” – najlepszego w dotychczasowej historii tej klasy.

[fot]fot. Strzały na fairwayu[/fot]

„Golf&Roll” nr 2/2016

© 2021 Magazyn golfowy GOLF&ROLL, wydawca: G24 Group Sp. z o.o