Idealny klub golfowy
Przez kilka sezonów najlepszy zawodowy golfista w Polsce, lider rankingu…
Ostatniej zimy postanowiłem poszukać odpowiedzi na pytanie, nad którym głowiłem się przez lata: „Jak to możliwe, że Argentyna, stosunkowo biedny kraj, ma tak wielu wspaniałych graczy?” Wśród tych, którzy zaczynali od caddiowania na tourze, jest kilka nazwisk, które naprawdę się wybijają: Ángel Cabrera, Eduardo Romero czy Roberto De Vicenzo, który być może jest jednym z najlepszych graczy wszech czasów? Więc o co chodzi z tą Argentyną? Może to ich wino? Może mięso? Jakiś specjalny rodzaj treningu, motywacja, duma?
Chciałem się tego dowiedzieć, chciałem żyć i oddychać argentyńskim golfem. W internecie znalazłem klub, który zaprosił mnie i serdecznie powitał. Nazywał się Ranelagh i znajdował się na południe od Buenos Aires. Kapitan klubu odebrał mnie z lotniska i zaoferował wynajęcie swojego mieszkania naprzeciw pola. Niemal natychmiast po przyjeździe przyswoiłem sobie codzienną rutynę, która trwała niezmiennie przez miesiąc. Kiedy to wspominam nie dziwię się, że okoliczności w jakich się znalazłem, rodzą takich mistrzów.
07:00 – Budzę się spocony. Na zewnątrz już upał, a jakieś dziwne ptaki śpiewają od kilku godzin (styczeń jest tu środkiem lata). Biorę zimny prysznic, nawet nie sprawdzam czy jest ciepła woda.
07:20 – Przechodzę na druga stronę ulicy i idę na śniadanie do klubu. Mam na sobie szorty, cieniutką polówkę i daszek. Mówię „buenos días” do ochrony przy bramie i głaszczę przez chwilę bezpańskie psy, które się tu kręcą (to był błąd, bo dwa z nich chodziły później za mną całymi dniami). Restauracja w Ranelagh jest dzięki bogu klimatyzowana, kawa jest dobra i gęsta. Przegryzam croissants i tosty z serem i dżemem. Sok pomarańczowy, oczywiście świeżo wyciskany. To wszystko w trakcie oglądania highlitów z wczorajszego turnieju; Golf Channel wyświetlany jest na wielkim ekranie przez 24 godziny na dobę. Po informacji jak argentyńscy gracze radzą sobie na tourze, mam ochotę na trening!
08:00 – Pojawia się mój caddie – Luis. W Ranelagh nie ma driving range, co jest typowe dla starych angielskich klubów, więc idziemy na pole par 3, żeby się rozgrzać. Nie ma także piłek treningowych, ale mamy „shag bag” – coś, co każdy dobry gracz w Argentynie nosi ze sobą. Nasza jest starą torbą na kręgle, ale pełno w niej ProV1 przyniesionych od dzieciaków, które wyłowiły je poprzedniego wieczoru z wody. Wysyłam Luisa na fairway i uderzam piłki w jego kierunku. Kupiłem mu rękawicę baseballową, żeby łapał je w locie. Robiłem tak kiedyś z moimi przyjaciółmi zimą, żeby nie pogubić piłek w śniegu. Jest coś niezwykłego w uderzaniu w czyimś kierunku, skupia to twoją uwagę w 100 procentach. Zakładamy się, ile piłek złapie mój caddie nie ruszając się z miejsca. Hogan ponoć robił to dziesięć razy z rzędu uderzając DRIVEREM. Mój wynik to jedna piłka.
09:00 – Słońce coraz mocniej grzeje, rosa parująca z greenów sprawia, że czujemy się jak w saunie. Około dziesięciu lokalnych pro pojawia się na pierwszym tee i dobiera się w fourballe, w zależności od wczorajszych wyników. Dziś jest ostatnia runda niby-turnieju, który zawodowi gracze organizują sobie między wtorkiem a piątkiem. Lider jest już 22 poniżej par po trzech dniach, tuż za nim jest Rafa Gomez, zwycięzca wielu dużych turniejów, sklasyfikowany na 500-nym miejscu na świecie. Miguel Rodriguez, który w 2007 grał w US Open (kiedy to Cabrera wygrał), też tu jest. Uderzał co najmniej 50 metrów dalej niż ja z tee. Dołujące. Grałem też z Sergio Acevedo, graczem Europen Tour, który na ośmiu pierwszych dołkach zrobił 7 birdie. Gdybym nie zobaczył, nie uwierzyłbym. I nie tylko ja miałem radochę z oglądania tego wszystkiego. Członkowie i sąsiedzi Ranelagh przychodzili niemal każdego ranka. Szli za nami przez pole, klaszcząc i kibicując, robiąc jednocześnie live scoring kolegom z European Tour.
11:00 – Ostatni putt, podsumowanie wyników i spłata długu u zwycięzców: 20 pesos, około 5 dolarów. Nie wygrałem żadnego zakładu przez trzy tygodnie! Każdy mnie ogrywa, nawet amatorzy. Okej, niektórzy z nich są na czele krajowych rankingów, ale zawsze to amatorzy. Wracam do baru na sok i żeby spotkać mojego coach’a – Juana Carlosa Cabrerę, 4-krotnego gracza World Cup i jednego z najlepszych pro w Argentynie. Jest teaching pro w Ranelagh i przez ostatnie 30 lat wielu najsławniejszych graczy powierzało mu swój swing. Rozmawiamy o mojej rundzie, o sukcesach i błędach, o zmianach jakie wprowadzam na podstawie tego, co obserwuję. Zastanawiamy się nad wrażeniem w rękach, czuciem kija i tym, w jaki sposób wpływa to na ruch ciała.
11:30 – Wracamy z Cabrerą na trening. Po kilku minutach daje mi świetny feedback na temat tego, co w tej chwili robię. Zgadzamy się co do kierunku, w jakim powinna iść moja technika. Przesuwam się w cień drzewa i uderzam stamtąd tak dużo piłek jak to możliwe, zanim zrobi się zbyt gorąco…
13:30 – Lunch w domku klubowym. W zasadzie lunch nie jest odpowiednim słowem. „Uczta” jest bardziej na miejscu. Grillowane mięso w Argentynie jest formą sztuki. Delikatne, tłuściutki stek ze szklanką Medoki z Mendozy. Na deser – kuleczka lodów waniliowych z polewą kajmakową. Jeśli nie wiecie o czym mówię, musicie dowiedzieć się w Argentynie. Warte zachodu.
14:30 – Odpoczynek i odzyskiwanie sił. Na piętrze w męskiej szatni jest klimatyzowane pomieszczenie z łóżkami. Ktokolwiek to wymyślił, był geniuszem. Członkowie klubu mogą się tu całkowicie odprężyć i nacieszyć siestą.
16:30 – Powrót do baru na espresso i czas na opowieści Roberto De Vicenzo, triumfatora 240 turniejów na całym świecie. Zwycięzca British Open 1967, kiedy to pokonał Jacka Nicklausa. Najlepiej znany jest jednak z bycia gentlemanem; w 1968 podpisał zły wynik podczas Masters, co kosztowało go utratę szansy na play-off zamiast tylko przegrania jednym uderzeniem. Słowa, jakie wtedy wypowiedział ze swoim silnym akcentem: „what a stupid I am” zaskarbiły mu sympatię golfistów na całym świecie. Ma teraz 88 lat i siedzi przede mną. Przez ostatnie 60 mieszka nieopodal i codziennie przychodzi na kawę i żeby zagrać kilka dołków. Spytałem go: Roberto, jak zostałeś takim dobrym graczem? Odpowiedział, że powinienem tak długo uderzać piłki, aż zacznę gadać do drzew. Uderzaj, uderzaj i uderzaj aż zaczniesz rozmawiać z drzewami. I nadal uderzaj… kiedy drzewa ci odpowiedzą, znaczy, że już wystarczy.
17:30 – Zagraliśmy z Roberto kilka dołków jeżdżąc meleksem. W Ranelagh tylko on może go używać. Nadal uderza wspaniale, nadal robi co chce z piłką. Jego ręce są wciąż gibkie i silne. Ma 88 lat i nadal wkurza się, że zagra bogey’a! Samo spędzenie z nim czasu było dla mnie zaszczytem. Potem, już sam, zagrałem kolejnych 18 dołków.
20:30 – Czas do domu. Jestem zmęczony. Zastanawiam się tylko czy to po 12 godzinach i 36 dołkach na polu czy to może upał? Jutro zrobię chyba dokładnie to samo, co dziś.
„Golf&Roll” nr 4 (7)/2011
fot. Peter Bronson





