Now Reading
Michał Bargenda – pomarańczowy chłopak

Michał Bargenda – pomarańczowy chłopak

Właśnie ukończył studia w USA, gdzie spędził minione 4 lata, studiując informatykę na Uniwersytecie Delaware i grając dla golfowej drużyny akademickiej, której był też kapitanem. W międzyczasie rywalizował na wielu wymagających i pięknych polach a także stworzył aplikację do statystyk golfowych. Michał Bargenda opowiedział nam o swoich doświadczeniach z pobytu w Stanach oraz o dalszych planach zawodowych.

 

G&R: Kilka dni temu odebrałeś swój dyplom. Gratulacje z okazji ukończenia studiów. Zacznijmy jednak od samego początku. Jak zaczęła się Twoja golfowa przygoda?

M.B.: Zaczęło się od tego, że rodzice dostali voucher na lekcje golfa w Klubie Wierzchowiska. Pojechali, spodobało im się i następnym razem zabrali mnie i mojego brata Konrada. Potem, kiedy miałem 10 lat, pojechałem na obóz golfowy do Naterek, który prowadziłaś. Zrobiłem tam Zieloną Kartę. W tym samym czasie trenowałem jeszcze piłkę nożną, odniosłem jednak kontuzję i zacząłem coraz więcej bywać w Wierzchowiskach. W końcu wyleczyłem uraz i musiałem zdecydować: golf czy piłka nożna? Wybrałem golfa, bo pomyślałem, że wszyscy w Polsce grają w piłkę, a golfistów jest mało i fajnie byłoby robić coś oryginalnego. W wieku 11 lat zacząłem już jeździć na turnieje typu Junior Tour czy mistrzostwa Polski juniorów.

G&R: Opowiedz, jak to było z tą Twoją ksywką, „Rickie”?

M.B.: Na pierwszym obozie w Naterkach opowiadałaś dużo o Rickiem Fowlerze. Nazywałaś tak jednego z juniorów z tego obozu – ze względu na jego dłuższe włosy. Wtedy jeszcze wcale nie znałem się na golfie, a jedyna moja styczność z tą dyscypliną to był godzinny program na Eurosporcie w środy prowadzony przez Jacka Persona. Znałem wtedy tylko Tigera, ale po obozie, jak już się wkręciłem bardziej w golfa, odkryłem Rickiego i stałem się jego wielkim fanem. Rodzice kupili mi wtedy pomarańczową czapkę i jak już ją miałem, to potem wszystko poszło naturalnie. To były takie czasy, kiedy miałem wszystko pomarańczowe, od skarpetek po czapkę, łącznie z bielizną. Tak powstała ksywka „Rickie”. Teraz nie jest to już taka obsesja, jak wtedy kiedy byłem dzieciakiem, ale kibicuję mu nadal.

G&R: Jak wyglądały czasy z drużyną Sobieni? Jesteś 5-krotnym klubowym mistrzem Polski. Opowiedz o tamtym okresie i o drużynie.

M.B.: Pierwsza wygrana to był rok 2015 w Rajszewie. Miałem wtedy 15 lat. Pamiętam, że w drużynie byli wtedy: Nastasia Kossacky, Tomek Gajewski, Karol Oleksa, Mikołaj „Wąski” Geritz, Alejandro Pedryc, Michał Krawczyk – „Krawczyki”, oraz Adam „Mituś” Mitukiewicz jako kapitan. My z Alejandro byliśmy wtedy takim niepokonanym „foursomem”. Pamiętam, że wygraliśmy w półfinale i finale. W półfinale skończyliśmy mecz na 11. dołku, a w finale na 12. To były superczasy. Pierwsze zwycięstwo dla Sobieni. Potem dwa kolejne turnieje wygraliśmy u siebie, w 2016 i 2017 r. Później mieliśmy lekki spadek formy w 2018 r., ale w 2019 i 2020 zdobyliśmy trzecie miejsce w turniejach na Toyi. W 2021 i w 2022 r. znowu wygraliśmy– najpierw w Kalinowych, potem w Sobieniach.

G&R: Razem z Alejandro w tym samym czasie rozpoczynaliście studia w USA. Wcześniej dużo wspólnie trenowaliście jako juniorzy. Jak wyglądała Wasza przyjaźń i rywalizacja?

M.B.: Alejandro rozpoczął studia pół roku później. Znamy się praktycznie od mojego pierwszego turnieju Junior Tour, więc będzie to już ponad 12 lat. Na początku tak często się z nim nie widywałem. Dopiero jak otworzyli Sobienie, byliśmy tam co weekend. Graliśmy i trenowaliśmy razem praktycznie non stop. Potem, kiedy byliśmy starsi, siedzieliśmy w Sobieniach całymi dniami. Wiadomo, że z Alejandro rywalizacja jest dość ciężka, na dość wyśrubowanym poziomie. Bardzo mi to pomagało. Już od dzieciaka on był na wyższym poziomie niż reszta z nas. Bardzo mnie to motywowało, żeby próbować go dogonić. Teraz nadal trzymamy się razem. W czerwcu pojedziemy razem na mistrzostwa Europy do Estonii.

„W swoim ostatnim turnieju w Stanach w barwach Uniwersytetu Delaware, zagrałem rundę 67. To było miłe zaskoczenie, mogąc tak skończyć karierę akademicką”.

G&R: Jak wyglądały treningi w czasach juniorskich?

M.B.: Z rodziną mieszkaliśmy w Lublinie, teraz w Konopnicy. Do Sobieni mieliśmy ponad 2 godziny drogi. W ciągu tygodnia dziadek woził mnie po szkole na treningi do Wierzchowisk. Tam wybijałem piłki, grałem na polu i trenowałem z nieodżałowanym Wojtkiem Świniarskim. Wojtek był dużo starszy od mnie. W każdy weekend w sobotę rano wyjeżdżaliśmy do Sobieni. W samochodzie robiłem prace domowe. Całą sobotę trenowaliśmy i nocowaliśmy w Sobieniach. W niedzielę był znowu trening, wieczorem wracaliśmy do domu, a w poniedziałek znowu lecieliśmy do szkoły. Tak było tydzień po tygodniu. Początkowo, niecały sezon, moim trenerem w Sobieniach był Juan Fuentes. Potem wyjechał i moim trenerem został Jacek Person, który jest nim do dziś.

G&R: jak wspominasz Wojtka?

M.B.: Wiadomo, Wojtek był wielkim talentem. Siedział całymi dniami w Wierzchowiskach, ja w wakacje tak samo. Więc trenowaliśmy pod jego okiem razem i robiliśmy te same ćwiczenia. Zawsze był bardzo pomocny. Może nie miał wiedzy trenerskiej, ale zawsze pomagał mi ze swingiem oraz uczył, jak powinienem ćwiczyć. Traktował mnie trochę jak młodszego brata. Pamiętam, że kiedy trenował na drivingu, to na mnie, 11-latku, robiło to ogromne wrażenie. Zwłaszcza to, że jego piłki leciały poza driving aż na ulicę.

G&R: Jakbyś miał wybrać jeden największy sukces amatorski, który dał ci największą satysfakcję, to co byś wymienił?

M.B.: Wygrana w Międzynarodowych Mistrzostwach Juniorów Litwy w 2017 r. Ponieważ wtedy w moich planach były już studia w Stanach, bardzo zależało mi, aby wygrać turniej WAGR i tym samym wejść do rankingu. Wtedy w Polsce było niewiele turniejów WAGR-owskich, więc jeździliśmy po Europie, polując na zwycięstwo. Pojechałem więc na Litwę i wreszcie się udało. Po tej wygranej było już o wiele łatwiej – mniej stresu, więc zacząłem lepiej grać. Dla mnie był to przełomowy moment w mojej karierze. Pamiętam, że pierwszą rundę zaliczyłem bez bogeya. Po dwóch dniach prowadziłem 13 uderzeniami. Udało mi się to utrzymać i dostałem się do rankingu.

G&R: Twój młodszy brat Konrad jest również świetnym graczem. Jak przebiegała Wasza braterska rywalizacja?

M.B.: Konrad jest młodszy ode mnie o 2 i pół roku. Zawsze rywalizowaliśmy, szczególnie na wyjazdach do Hiszpanii, gdzie byłem tylko ja i on. Wtedy przez dwa tygodnie praktycznie codziennie się ścieraliśmy. Trochę go ogrywałem, więc chyba wspominam to trochę lepiej. (śmiech). Zawsze super było mieć brata, z którym można trenować, rywalizować i jeździć razem na turnieje w Polsce i za granicą.

G&R: Konrad studiuje w Poczdamie. Jednocześnie gra w Bundeslidze dla klubu Berliner Stolper Heide.

M.B.: W jego przypadku studia nie są w ogóle powiązane z drużyną golfową. To dwie zupełnie inne instytucje. Dogadał się z uniwersytetem, że będzie mógł uprawiać golfa. Ma normalne treningi z drużyną, ma dostęp do dobrego sprzętu i jeździ z kolegami na turnieje. Można powiedzieć, że jest to alternatywa dla studiów i gry w USA na nieco innych zasadach.

G&R: Ukończyłeś studia na Uniwersytecie Delaware. Co studiowałeś i jaki uzyskałeś dyplom?

M.B.: Studiowałem informatykę i uzyskałem dyplom, który jest odpowiednikiem polskiego licencjatu. Skończyłem studia ze średnią 3,8 na 4 możliwe, żeby nie było, że to jakaś słaba średnia. Stworzyłem też swój program do statystyk golfowych w ramach projektu Senior Design Project. Te zajęcia trwają dwa semestry i realizuje się wtedy jakiś projekt. Zaproponowałem profesorowi, żeby naszym klientem był mój trener golfowy z drużyny uniwersyteckiej. On zawsze chciał mieć własny program, uwzględniający to, co chce w nim mieć. Więc z kolegą go stworzyliśmy. Obecnie nadal nad nim pracujemy. Jeśli to pójdzie dalej w dobrym kierunku, to zastanawiamy się nad wejściem z nim na rynek. Jest już strona internetowa i byłaby też aplikacja na telefon.

G&R: Co ten program „potrafi”?

M.B.: Aplikacja będzie testowana przez moją drużynę uniwersytecką w nadchodzącym sezonie. Nie mogę na razie zbyt wiele zdradzić. Będzie uwzględniała takie statystyki jak: TIGER 5, Strokes Gained (Off the Tee, Approach, Around the Green, Putting, nietrafione greeny) oceniane przez aplikację, aby odłączyć emocje zawodnika od jego tendencji (daleko/krótko, lewo/prawo), wyniki, gdy atakujemy green poniżej regulacji, Strokes Gained dla każdego kija, mnóstwo statystyk do puttowania, również nietrafione putty (low/high, short/long). Do tego aplikacja będzie miała gry treningowe do puttowania i approachów, a także funkcje dla prowadzącego drużynę. Mój trener jest bardzo zadowolony. Stworzyłem ten program też z myślą o sobie. Lubię statystyki i chcę mieć coś porządnego

G&R: Studia i golf w Ameryce to marzenie wielu. Kiedy taki plan zaświtał Ci w głowie i czy Twoim zdaniem był to dobry pomysł?

M.B.: Plan zaczął się w gimnazjum. Inspiracją był… Rickie. Kiedy zacząłem mocniej go śledzić, dowiedziałem się, że studiował w Oklahoma State University i że jest to potencjalnie droga, żeby dostać się na tour. Potem – wiadomo, Adrian Meronk i Mateusz Gradecki poszli na studia w USA, więc chciałem podążać ich śladem. Wtedy wydawało mi się, że to najlepsza droga do rozwoju sportowego. Nadal tak uważam. Połączenie studiów i sportu nie jest takie trudne. W amerykańskich uniwersytetach profesorowie nie mają wyboru i muszą godzić się z tym, że jeśli jakiś student jest w jakiejś drużynie, to oni muszą mu pomóc z nauką. Można więc skończyć studia i rozwijać się golfowo. Czy są minusy? Na pewno odległość od Polski. Są też pewne różnice kulturowe, ale to drobiazgi, do których można się przyzwyczaić. Na pewno
nie żałuję tej drogi i teraz wybrałbym tak samo.

G&R: Jak wygląda cały proces rekrutacji?

M.B.: Warunkiem studiowania w USA jest zdanie egzaminu SAT, takiej amerykańskiej matury. Jest to egzamin z angielskiego i matematyki. Zdawałem go już po podpisaniu umowy z Delaware. Sam egzamin jest dość łatwy. Moja międzynarodowa matura IB i matura polska są nieporównywalnie trudniejsze. Angielski był czasami podchwytliwy, bo pojawiały się skomplikowane angielskie słowa. Poza tym pisałem TOEFL, czyli trudniejszy egzamin angielskiego. Taki był wymóg University of Delaware. TOEFL jest w Stanach wymagany przez niektóre uczelnie. W procesie „dostawania się” na studia pomagał mi Andy Newman, mój agent, z którym miałem podpisaną umowę. Znał się z turniejów w Europie z amerykańskimi trenerami, m.in. z Peterem Irelandem, asystentem trenera z Delaware. Najpierw miałem rozmowę z University of Delaware właśnie z Peterem, a potem z Head Coach Patty Post. Rozmawiałem też z dwoma innymi uniwersytetami, ale po rozmowach z trenerami z Delaware, to właśnie oni wydali się najfajniejsi, więc zdecydowałem się na studia tam. Ważne dla mnie było też, żeby pójść do szkoły dobrej pod względem akademickim i żeby drużyna koniecznie grała w Dywizji I. Jednocześnie nie chciałem pójść do zbyt mocnej drużyny, by mieć szanse grać w każdym turnieju. Było to dla mnie ważne. Osiągnąłem ten cel, bo przez te cztery lata opuściłem chyba tylko dwa turnieje, na które się nie zakwalifikowałem.

G&R: Polecasz taką drogę?

M.B.: Jeśli celem jest zawodowe granie w golfa w pryszłości, to zdecydowanie polecam. Roboty jest niezmiernie dużo. Golf z natury zajmuje dużo czasu: rundy, kwalifikacje, treningi, turnieje. Jest to duże poświęcenie. Trzeba nauczyć się samemu żyć. Nie ma już blisko rodziców. Trzeba wszystko robić samemu. Dochodzi nauka. Miałem dużo pomocy ze strony „Academic Advisor” i moich trenerów golfowych. Tak czy siak, trzeba sobie samu samemu zorganizować czas, godząc naukę z golfem.

G&R: Jak wyglądały początki?

M.B.: Kiedy podpisałem umowę z Delaware w listopadzie, w marcu następnego roku uczelnia zaprosiła mnie na wizytę. Celem było poznanie drużyny i przekonanie się, jak to wszystko wygląda, co trzeba sobie kupić lub przywieźć, jadąc na studia. Zgodnie z przepisami taka wizyta może trwać tylko 48 godzin. Wrażenia? Byłem trochę w szoku. To był zupełnie inny świat. Sam rozmiar szkoły i obiekty sportowe robiły wrażenie. Przez te dwa dni mieszkałem w akademiku z kolegą z drużyny.

G&R: W końcu poleciałeś na studia. Opisz swoje wrażenia.

M.B.: Na studia poszedłem w sierpniu 2019 r. Tym razem byłem już po wizycie zapoznawczej, więc wszystko już wstępnie poznałem i znałem się ze wszystkimi kolegami i trenerami. Pierwszy turniej zapadł mi w pamięć. Tamtejsze turnieje bardzo różnią się od tych w Polsce, gdzie przyjeżdżamy na pole, mamy tee time i spokojnie się rozgrzewamy. Przyjechałem na mój pierwszy turniej i zastałem tłum około 120 zawodników. Każda drużyna miała tylko dwa miejsca na strzelnicy, a w drużynie było po 6 osób. Ponieważ w większości turniejów jest shot-gun, na putting greenie było jednocześnie z 50 – 60 osób, na range’u drugie tyle. Co ważne, turnieje są 54-dołkowe, ale w większości z nich pierwszego dnia gra się 36 dołków. Bez żadnej przerwy. Zaczyna się o 8.00 rano i schodzi z pola o 18.30. Jeśli kończy się pierwszą rundę na np. drugim dołku, od razu przechodzi się na trzeci dołek i zaczyna rundę drugą. Trenerzy tylko przyjeżdżają meleksem zebrać karty. Przywożą kanapki i gramy dalej.

G&R: Jak wygląda codzienność na uniwersytecie?

M.B.: Wybiera się samemu plan zajęć. Dla uzyskania dyplomu trzeba ukończyć określoną liczbę zajęć. Ja wybrałem sobie opcję z poranną nauką i popołudniowymi treningami. Tak było mi wygodniej. Co do treningów, teoretycznie jest limit liczby godzin treningowych – 20 tygodniowo. Golf ma jednak nieco inne zasady – runda golfowa liczy się jako 3 godz., a wiadomo, że trwa dłużej. Więc dużo trenowaliśmy. W weekendy z reguły mieliśmy kwalifikacje do turniejów. W pozostałe dni trenowaliśmy, a w środę, zgodnie z przepisami NCAA, był dzień wolny. Dodatkowo we wtorek i czwartek o 6.30 mieliśmy siłownię, a w piątek o 6.30 jogę. Jeśli chodzi o wyjazdy na turnieje, to dla mnie była to najlepsza część mojego pobytu w USA. Udało mi się odwiedzić sporo stanów. Grałem na rewelacyjnych polach, takich jak: Chambers Bay, Innisbrook Copperhead. Na większość turniejów lataliśmy samolotami. Dużo graliśmy w Karolinie, Północnej i Południowej, byliśmy na Bahamach, co roku mieliśmy turniej w Arizonie. Naukę z grą godziłem tak, że kiedy nie trenowałem lub grałem, to się uczyłem. Kiedy się nie uczyłem, to grałem. Byłem zajęty non-stop, od rana do nocy. Często w samolocie robiłem prace domowe.

G&R: Twoje najlepsze wspomnienia z całych czterech lat?

M.B.: Najlepsza była wygrana drużyny w dwóch turniejach w poprzednim sezonie. Szczególnie dobrze pamiętam też nasze pierwsze zwycięstwo. Po dwóch rundach przegrywaliśmy 17 uderzeniami z liderami. Ostatnią rundę zagraliśmy na -18 i wygraliśmy ostatecznie jednym punktem. To chyba moje najlepsze wspomnienie golfowe z tych czterech lat. Poza tym wyjazd do Chambers Bay i na Bahamy.

G&R: Jakie są Twoje plany po studiach?

M.B.: Na razie chcę grać dalej jako amator. Będę występował w Mistrzostwach Polski Match Play, Mistrzostwach Europy, Drużynowych ME i oczywiście Klubowych Mistrzostwach Polski. Planuję też inne turnieje amatorskie, być może Berlin Open i inne, w tym Przesiep Open. W październiku planuję przejść na zawodowstwo i  jechać do Niemiec na turniej Q School Pro-Golf Tour i od przyszłego roku tam rywalizować. Poza tym będę pracował nad swoim programem do statystyk. Kto wie – jeśli dobrze nam to wyjdzie, może to być źródło dodatkowych zarobków.

© 2023 Magazyn golfowy GOLF&ROLL, wydawca: G24 Group Sp. z o.o